Moje nie-KP i KPI

HISTORIE MAM

Moje nie-KP zaczęło się w ciąży, kiedy mama, kuzynki i inne bliskie kobiety opowiadały mi o karmieniu piersią (KP) m.in. takie rzeczy: „W szpitalu będzie położna (laktacyjna), która pomoże przystawić dziecko”, „Trzeba znaleźć odpowiednią pozycję, ale jak żadna nie wyjdzie, to spod pachy na pewno” i moje dwa ulubione: „Dwa-trzy dni po porodzie zaczyna się nawał, przyda się kapusta” oraz „Karmienie jest naturalne, każde dziecko to załapie, nic trudnego”. Osobiście wkładam to dzisiaj między bajki.

Po ok. 40 godzinach bez snu, 24 godzinach bardzo bolesnych skurczy i w końcu trzygodzinnym nocnym porodzie (wśród ok. 7-8 osób, którym, przepraszam, chyba nudziło się na nocnym dyżurze i które przyszły popatrzeć) dostałam mojego maluszka – 48 cm i 2870 g. Położyłam go sobie na nagiej klatce piersiowej, kangurowałam. Leżałam z nim 2 godziny. Pamiętam, że ktoś z tych 7-8 osób był bardzo zdziwiony, że leżę z nim skóra do skóry. Nikt nie pomagał mi dostawić go do piersi, sama o tym nie myślałam, nie miałam siły. W końcu Witka zabrali do badania, mnie przewieźli na salę. Gdy dostałam maluszka i chciałam go dostawić, nie był zainteresowany jedzeniem, a położna popatrzyła dziwnie na moje piersi, pokręciła głową i stwierdziła, że mam płaskie brodawki. Maluszek został nakarmiony strzykawką. W końcu poszliśmy oboje spać.

Przez cały trzydniowy pobyt w szpitalu, pomimo moich i męża próśb, nikt z personelu nie przyszedł do mnie i nie pokazał, jak przystawić małego. Próbowały tego moja mama i kuzynka. Na leżąco, na siedząco, spod pachy. Ja go trzymałam, mąż go trzymał, ściskali mi piersi, kupili nakładki, wyciągali brodawki laktatorem  – nic z tego. Nie było czym go karmić, a mały też nie był zainteresowany jedzeniem. Od pierwszej doby miał żółtaczkę i był bardzo ospały. Karmiłam go mlekiem modyfikowanym, a i do tego trzeba było go lekko przymuszać. Sama zaś byłam padnięta po męczących skurczach i porodzie, ledwo się poruszałam i sama opieka nad małym sprawiała mi dużo trudności, nie mówiąc o próbach KP. Z powodu braku pokarmu miałam coś na kształt depresji poporodowej, bejbi blusa czy czegoś w tym stylu.

(Po kilku miesiącach od porodu przypomniałam sobie, że drugiego wieczora, kiedy Witek spał, próbowałam ręcznie wycisnąć cokolwiek z piersi. Przez 15 minut wycisnęłam może 3 ml mleka. Teraz wiem, że było to szalenie dużo i dawało nadzieje. Wtedy myślałam, że jest beznadziejnie, bo przecież miał być nawał, mleko miało lać się litrami. Nikomu o tym nie powiedziałam i zmęczona odpuściłam.)

W 4 dobie życie małego, już w domu, pierwszy raz ręcznie odciągnęłam ok. 10-15 ml mleka. Cieszyłam się jak głupia – miałam pokarm! Czyli jednak coś z tego będzie! Wtedy też, wieczorem, dostałam od teściów ręczny laktator Aventu. Jeszcze tego nie wiedziałam, ale to był dzień, kiedy zaczęło się moje karmienie piersią inaczej (KPI), a nie-KP powoli umierało.

W pierwszych dniach jeszcze karmiłam malucha mieszanie – swoim odciągniętym pokarmem i mlekiem modyfikowanym, do tego próbowałam go dostawiać. Jednak moja ciągła apatia i zmęczenie oraz straszliwe wrzaski i wicie się synka powodowały, że bałam się tego. Zdarzyło się kilka razy, że maluch złapał brodawkę, raczej płytko – bolało jakby mnie ktoś przypiekał ogniem, płakałam i tuptałam nogami na siedząco, a mąż pomagał mi trzymać malucha. Tak naprawdę tylko raz Witkowi udało się possać solidnie pierś i po tym zasnąć. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, a jednocześnie się bałam. Bo wiedziałam, że znowu będzie bolało, że znowu będzie płacz mój i jego. Nie miałam siły męczyć tym nas oboje.

Około 10 doby życia maluch dostawał już tylko moje mleczko. Ja trafiłam na Facebooku na grupę mam odciągających mleko. One doradzały mi spotkanie z Certyfikowanym Doradcą Laktacyjnym. Szukałam go, jednak przyznam szczerze, że trochę przestraszyły mnie ceny takiego spotkania. Tak, byłam głupia. Nie wiedziałam, że wydane na to pieniądze zaprocentują. To bez sensu, ale trochę też bałam się, że faktycznie się uda. Po porodzie długo dochodziłam do siebie i byłam wdzięczna, że ktoś oprócz mnie może nakarmić malucha. Cieszyłam się też, że wiem, ile zjada i że nie jest głodny.  Pasowało mi, że jest to w jakiś sposób poukładane, że mam nad tym kontrolę. Ostatecznie o końcu prób przystawienia zadecydowałam około półtora miesiąca po porodzie. Wtedy ostatecznie skończyło się moje nie-KP i na dobre zadomowiło KPI.

W ciągu pół roku randek z laktatorem przeszłam z ręcznego na pojedynczy elektryczny, aż w końcu na podwójny, to zaś pozwoliło mi częściowo ograniczyć czas ściągania. Mam niemały zapas zamrożonego mleka, dzieliłam się nim także z dwiema innymi mamami. Mogę zostawić synka z tatą czy z dziadkami na dłużej, jeśli muszę wyjść do lekarza lub pojechać na zakupy i nie martwię się, czy zje. Tak, są plusy takiego trybu karmienia. I mogę szczerze powiedzieć, że jestem dumna ze swojego KPI, ponieważ poza pierwszymi dniami życia Witek nigdy więcej nie dostał sztucznego mleka. Z drugiej strony jednak, jestem zła na siebie, że nie podołałam wyzwaniu, jakim jest KP. KPI bardzo ogranicza, przede wszystkim czasowo. Non stop tylko ściąganie, mycie, wyparzanie. Nie ma kiedy pobawić się z dzieckiem, należy dokładnie planować dzień, a każda zmiana staje się problemem. Trzeba też pamiętać o godzinach ściągania, pilnować ich. Na jakiekolwiek wyjazdy zaś jeździ zawsze dodatkowa torba z laktatorem i butelkami. Koszmar.

Mogę obwiniać złą opiekę w szpitalu, podanie butelki, brak informacji o innych zastępczych sposobach karmienia. Mogę narzekać na brak doinformowania ze strony najbliższych mam. Jednak w głębi siebie czuję, że to po prostu moja wina, że nie wyszło. Zabrakło mi konsekwencji i wytrwałości. Z drugiej jednak strony, kiedy przypominam sobie niechęć malucha do butelek z mlekiem modyfikowanym oraz krzyki przy próbach dostawienia do piersi, a jednocześnie obecnie widzę, jak wyciąga rączki do butelek z moim mlekiem, myślę sobie, że nie jestem jednak taka zła. Mogłam też pomóc innym, co tym bardziej mnie cieszy. Wiem, że przy kolejnym dziecku będę lepiej przygotowana i mam nadzieję, że się przełamię i będę w stanie karmić piersią. A póki co, walczę dalej o każdy mililitr mojego mleka i modlę się, żeby wytrwać minimum do roku. Wiem, że jeśli nie trafi się jakiś kataklizm, to uda się na pewno, dam radę, w końcu my, mamy KPI, jesteśmy silne. Dam radę i nie poddam się, ponieważ mój synek zasługuje na to, żeby karmić go tym, co najlepsze.

Gosia – mama KPI