Victoria znaczy zwycięstwo

Victoria to symbol zwycięstwa. Victoria jest jedną z moich córek…

Długo zajęło mi podjecie decyzji o ponownym zostaniu mamą. Minęło 6 lat, wydawało mi się, że to za długo, że jestem już po 30-stce, że już za późno. Z drugiej strony zawsze marzyłam o dwójce dzieci, tym bardziej, że sama jestem jedynaczką. Po wielu miesiącach dyskusji i przekonywań mojego partnera, zdecydowaliśmy się. Starania trwały 3 miesiące. Nigdy nie zapomnę tej radości, kiedy zobaczyłam dwie kreski. Moja starsza córka, Zuzia, skakała ze szczęścia. W końcu będzie starsza siostra! Na pierwsze USG poszliśmy wszyscy razem. To bicie serca – najpiękniejszy dźwięk. Byliśmy ogromnie szczęśliwi, ponieważ usłyszeliśmy same dobre wiadomości. Dzidziuś rozwijał się książkowo. Już nie mogłam się doczekać pierwszych zakupów. Czekałam z niecierpliwością na usg połówkowe. Chciałam dowiedzieć się kto zamieszkał u mnie w brzuchu – druga córka czy może synuś.

Złe wiadomości i nadzieja

Ta wizyta przyniosła ze sobą jednak zupełnie inne wiadomości. Moja malutka córeczka była bardzo chora. Miała ciężką wadę – wrodzoną przepuklinę przeponową (WPP). W jej przeponie powstała maleńka dziura, przez którą żołądek przemieścił się do klatki piersiowej, przesuwając serce na prawą stronę i uciskając lewe płuco, nie pozwalając mu się prawidłowo rozwinąć. Od tego pamiętnego grudniowego popołudnia rozpoczął się największy koszmar mojego życia. Poszukiwanie odpowiedniego lekarza, dobrego szpitala, kogoś, kto powie, że będzie dobrze. Że maluszek da radę. Przez miesiąc słyszałam wielokrotnie, że najlepszym wyjściem będzie aborcja. Nie słuchałam. Kochałam już moją córkę. Udało nam się na szczęście trafić do lekarza z długoletnim doświadczeniem z dziećmi z WPP. Dał nam nadzieję. Z początkowych 40 procent szanse wzrosły do 80. Uwierzyłam z całego serca, że wszystko skończy się dobrze. Czytałam różne historie dzieci urodzonych z tą samą wadą. Ale ile dzieci, tyle różnych przypadków. Nie zdarzyły się dwa takie same. To uświadomiło mi, że nie wiem czego się mogę spodziewać, ale powtarzałam sobie, że z nami będzie inaczej, że mała udowodni wszystkim, że jest inna, że zrobi pierwszy oddech i usłyszymy ją jak tylko wyjdzie z brzucha. Niestety nie usłyszeliśmy.

Poród i problemy

Przyszedł ten wielki dzień. Poród był z racji wady Viki wywoływany. 3 maja pojechaliśmy do oddalonego o 70 km szpitala. Tam wieczorem założono mi balonik wypełniony wodą, aby pracował nad rozwarciem. W nocy wypadł. Rano miałam już 3 cm rozwarcia, więc przebito mi pęcherz płodowy i zaaplikowano kroplówkę. Nie zdążyłam nawet poprosić o znieczulenie, a już było 10 cm i moja księżniczka przyszła na ten świat. Po cichutku. Dopiero zaczęła swoje życie, a już o nie walczyła. Położono mi Victorię na piersi. Tata przeciął pępowinę. Mieliśmy na to kilkanaście sekund, bo czekał  już na nią cały zespół pielęgniarek i lekarzy oraz specjalne łóżko dla dzieci urodzonych z wrodzoną przepukliną przeponową. Została zaintubowana. Dostała w pierwszej minucie 3 punkty w skali Apgar. Widziałam przez szybę jak walczą o nią. Jak podłączają ją do całego sprzętu, miliona rurek, kabli…

Walka córki i matki

I nie mogłam być obok niej. Nie mogłam jej trzymać w ramionach, tulić, dać piersi. Po godzinie byłam w stanie pójść do innej części szpitala, gdzie mieściła się intensywna terapia dla dzieci. W tej sali spędziłam kolejne półtora miesiąca – dni i noce. W tej sali też, siedząc naprzeciwko łóżka mojej córeczki, od pierwszego dnia pracowałam z laktatorem nad moim pokarmem. Było bardzo ciężko. Wiedziałam jednak, że malutka przez najbliższe kilka dni nie zje nic, lecz będzie odżywiana dożylnie.  Miałam więc czas, żeby wyprodukować dla niej mleko. Dwa dni po porodzie podjęto pierwszą próbę operacji. Victoria podczas przygotowań do operacji przestała oddychać. Przez 30 sekund lekarze ją reanimowali. Świat tego dnia po raz kolejny mi się zawalił. Po następnych trzech dniach jej stan był na tyle stabilny, że postanowiono spróbować jeszcze raz. Przeżyłam wtedy najdłuższe 3 godziny swojego życia. Operacja się udała. Wspaniały pan chirurg zrobił ją laparoskopowo. Malutka wyglądała coraz lepiej. Zaczęła dostawać moje mleko przez sondę. Co 3 godziny pompowałam pokarm. Siedząc przy niej, patrząc na nią, pokarm płynął lepiej. Przez kolejne dni były próby przejścia na własny oddech – pierwsza nieudana, kolejna zakończona powodzeniem. Znów ogromna radość. Po dwóch tygodniach po raz pierwszy mogłam moją księżniczkę wykąpać. Pierwszy raz też piła z butelki. Tak bardzo smakowało jej moje mleko! To był cudowny dzień.

Koszmarny wieczór

Wieczór zmienił się w kolejny koszmar. Jej saturacja spadała kilka razy. Przez cały czas płakała, nie chciała jeść, a na oddziale panował duży ruch, bo przywożono ciągle nowe dzieci z wypadku. O 2 w nocy Viki przestawała oddychać. Znów została zaintubowana. O 3 w nocy okazało się, że jest nawrót przepukliny. Rano odbyła się kolejna operacja, tym razem przez tradycyjne cięcie. Nie jestem nawet w stanie opisać co wtedy czułam. Przez nawrót przepukliny żołądek Victorii znów przemieścił się do góry, tym razem utknął w maleńkim otworze, poprzez zakłócone ciśnienie skręcił się i obrócił. Chirurg dawał nam jednak wielkie nadzieje, mówiąc, że po ułożeniu żołądka w prawidłowej pozycji szybko znów się zaróżowił. Malutka przeszła ponownie na odżywianie dożylne. Przez linię centralną, którą jej założono, jednak nie przechodziło wystarczająco dużo odżywek. Lekarze próbowali więc zacząć karmić ją dojelitowo. Victoria bardzo wymiotowała. Za każdym razem, gdy przez sondę podawano jej mój pokarm do jelit, cała jego zawartość była zwracana. Męczyła się ogromnie. Ja siedziałam naprzeciwko jej z laktatorem i płakałam. Przeszłam już wtedy zapalenie prawej piersi, krwawiące brodawki. Bywały dni, że ściągałam po 150 ml z jednej piersi, a bywało tak, że w sumie miałam 40 ml. Każdą butelkę opisywałam i mroziłam. I czekałam na dzień, kiedy będzie moja malutka znów normalnie jeść.

Pierwsze efekty

Po kilku dniach karmienie dojelitowe zaczęło przynosić efekty. Żołądek nadal był bardzo chory, czekaliśmy na jego wyzdrowienie. W między czasie Victoria dostała wysokiej gorączki. Zaatakowała ją wstrętna bakteria, przez założoną linię centralną. Dostała antybiotyk – najpierw jeden, później drugi, następnie trzeci. Aż przyszedł ten dzień, kiedy z żołądka przestały wydobywać się płyny świadczące o tym, że jest chory. Malutka powolutku zaczęła dostawać mleczko sondą do żołądka. Przez dwa tygodnie była karmiona i dojelitowo i do żołądka. W między czasie okazało się, że nie potrzebuje już żadnego wsparcia oddechu. Tlen, który ciągle miała podawany do pomocy był zbędny. Moja kruszynka okazała się siłaczką i fajterką. Po półtora miesiąca spędzonych na intensywnej terapii poinformowano nas, że możemy przenieść się na oddział średniej opieki medycznej. Zaproponowano nam pobyt w domu z opieką medyczną, gdzie mogłam razem z malutką spać. Było to  bardzo przyjazne dziecku i rodzinie miejsce – oddział szpitalny, mieszczący się niestety 15 km od głównego szpitala. Moja córeczka przeżyła swoją pierwszą podróż – karetką.

Cudowna moc mleka

Od momentu wyjścia z intensywnej opieki, Viki zaczęła zdrowieć w oczach. Po kilku dniach jej żołądek wydawał się pracować normalnie. Pozwolono mi podać jej butelkę z moim pokarmem. Poprosiłam lekarza o próbę podania piersi. Nie byli z tego zadowoleni. Lekarze w szpitalu lubią mieć wszystko pod kontrolą, również to, ile dziecko pije. Ale wywalczyłam. Pozwolono mi spróbować. I powiem szczerze, że był to moment, kiedy wiedziałam, że jest to “być albo nie być” mojego pokarmu. Ściąganie szło mi coraz gorzej. Laktator nigdy nie dorówna ssaniu dziecka. Do tego wszyscy wokół byli bardzo sceptyczni i nie wierzyli, że dziecko, które przez prawie dwa miesiące było karmione dożylnie, sondą i tylko kilka razy butelką w ogóle załapie pierś. Stała się wtedy rzecz cudowna. Moja mała Vikunia złapała pierś natychmiast. A jej oddech, jej spojrzenie, jej malutkie ciało wręcz krzyczało – nareszcie! Wyglądała tak, jakby cały ten czas właśnie na to czekała. Karmiłam ją i płakałam ze szczęścia, ze wzruszenia. Pielęgniarki podchodziły jedna po drugiej nie mogąc się nadziwić. Wiem, że wtedy mojego pokarmu było mało. Miałam mnóstwo pomrożonych pojemników, ale z piersi nie chciało dużo lecieć. Następnego dnia okazało się ze mała nie przybrała, a nawet straciła na wadze. Nie miała już żadnej sondy, więc lekarz zalecił karmienie na przemian pierś – butelka z moim zagęszczonym pokarmem. Tak robiłam. Było to bardzo uciążliwe, ale dawałyśmy radę. Widziałam jednak, że malutka o wiele bardziej woli pierś od butelki.

Powrót do domu

I przyszedł wielki dzień. Z zaleceniami, z lekarstwami, pojechałyśmy do domu. Najpierw na przepustkę na weekend, później było ważenie i decyzja  – możemy wyjść na dobre. Przez parę dni Viki bardzo ładnie przybrała. W szpitalu musiałam się trzymać karmienia co 3 godziny, w domu przeszłam na karmienie na żądanie. Mała jadła co 2-3 godziny. Po 3 dniach od wyjścia czułam, że mała nie chce butelki, bo męczyła się z nią za każdym razem i nie potrafiła dokończyć.  Mimo, iż próbowałam rożnych butelek, również tych, zalecanych przez personel szpitala, jako najlepsze dla noworodków. Przeszłam więc tylko na pierś. Tak mówiła mi moja matczyna intuicja. I udało się. Mleko zaczęło płynąć tak, że wykarmiłabym przynajmniej jeszcze jedno dziecko. A Vikusia nie tylko była najedzona, ale też zrelaksowana i szczęśliwa. Ja też.

Moje przemyślenia

Był czas, że wątpiłam w powodzenie. Już chciałam się poddawać. Rezygnować z tego ciągłego wiszenia na laktatorze. Ale wtedy patrzyłam na moją księżniczkę i wiara wracała. Siła też. Zaciskałam zęby i dalej pompowałam. Teraz wiem, że było warto. Że każda łza, która spłynęła po moim policzku, bo bolało, bo nikt nigdy mi nie powiedział jak obsługiwać laktator, jak smarowałam brodawki moim mlekiem i maściami, bo wraz z mlekiem lala się krew, jak miałam zastój i 39 stopni gorączki i ból taki, że nie dawałam już rady, jak co 3 godziny, także w nocy budziłam się, pompowałam i zanosiłam pojemniki z mlekiem do zamrażalnika, który był 5 pięter wyżej, że to wszystko było warte tego, że teraz moja córeczka ma to, co mogłam jej dać najlepsze – moje mleko. W ciągu półtora miesiąca przybrała prawie 2 kg.

Kiedyś myślałam, że takie problemy mnie nie dotyczą. A jak się znalazłam w  takiej sytuacji, to pierwsze co, to szukałam wsparcia właśnie szukając podobnych historii. I to też dawało mi sporo siły. Miałam blisko przyjaciół, mojego partnera, miałam w szpitalu również wsparcie psychologa. Gdyby nie to, było by mi o wiele trudniej. To bardzo ważne mieć kogoś bliskiego. I mimo, iż nikt nigdy nie będzie w stanie zrozumieć dokładnie tego, co czułam, przez co przeszłam jako matka, ciężko być samemu w takich trudnych chwilach.

Siła matki

A tych chwil, które są tylko nasze, nikt nam nie zabierze. Ja nigdy nie zapomnę przez co przeszła Victoria. Mam nadzieję, że jedyną jej pamiątką z tego ciężkiego startu, będzie blizna na brzuszku. A ja? No cóż – jestem zupełnie inną osobą. Odnalazłam w sobie siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. I gdybym musiała cofnąć się w czasie i zacząć tę walkę od początku, nic bym nie zmieniła. Mleko matki to najcudowniejszy dar, który oprócz miłości możemy dać dziecku, warty jest każdej walki.

Ewa, mama walecznej Victorii

Fundacja "Mlekiem Mamy" wspiera w karmieniu naturalnym. Jeżeli karmienie piersią okazuje się niemożliwe, pokazujemy, że można karmić piersią inaczej (KPI), tj. odciągniętym mlekiem i podawać je w inny sposób. Edukujemy w zakresie tzw. świadomego rodzicielstwa i zdrowego stylu życia już od pierwszych chwil dziecka. Prowadzimy również działalność odpłatną w zakresie wsparcia okołoporodowego.