Mama karmiąca piersią a pobyt w szpitalu

HISTORIE MAM, INNE SYTUACJE
Narodziny wymagającego dziecka

W czerwcu 2015 przyszła na świat nasza Kruszynka, nasz ukochany, długo wyczekiwany cud, nasza córeczka Lena. I zaczęło się. Pokazała charakterek już w szpitalu, gdzie nie pozwoliła kłaść się w szpitalne łóżeczko, lecz domagała się bliskości, spania przy mamie. Szybko okazało się, że macierzyństwo, tak wyidealizowane w reklamach, to „ciężki kawał chleba”. Nasza córka zmagała się od początku z różnymi dolegliwościami, począwszy od nietolerancji laktozy, przez asymetrię ciała, skończywszy na dolegliwościach oczek. Tak samo szybko przekonaliśmy się, co to znaczy mieć w domu tzw. dziecko o wysokich wymaganiach. Termin taki został zdefiniowany w literaturze naukowej. Czytając „Księgę wymagającego dziecka” Sears’ów miałam wrażenie, że czytam o swojej córce. Dosłownie wszystko się zgadzało. Wózek, łóżeczko, bujaczek i inne tego typu sprzęty są nietolerowane przez takie dziecko. Nie lubi być samo, nie lubi spać, nie lubi spacerów, nie lubi nawet fotelika samochodowego i jazdy autem. Za to lubi dużo krzyczeć, płakać i non stop domagać się zaspakajania jego potrzeb. Lena czuła się bezpiecznie tylko w ramionach rodziców. Spała z nami, nosiliśmy ją w chuście, oczywiście ssała pierś. I o tej piersi właśnie będzie mowa.

Trudne początki karmienia piersią

Będąc w ciąży wiedziałam, że będę karmić swoje dziecko piersią, nie przyjmowałam do wiadomości innej opcji, a opinie innych osób o braku pokarmu, zapaleniu piersi i innych tego typu historiach, wpuszczałam jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Byłam pewna, że będę miała mleko, a Lena będzie umiała ssać. Dla mnie było to bardzo ważne, bo jestem świadoma, co mleko daje dziecku i jaki ma wpływ karmienie piersią na relacje matka – dziecko. Nie było innej opcji. I tak też się stało. Lenka potrafiła ssać, ja mleko miałam. Wiadomo, że z początku było trudno, bo nawał pokarmu, potem też miałam za dużo mleka, które za szybko leciało, malutka nie mogła nadążyć i się krztusiła, łykała powietrze, przez co brzuszek ją bolał. Następnie były kilkukrotnie zatkane kanaliki mleczne, co powodowało ból niczym przypiekanie ogniem. Trwało to około 2 miesięcy. Karmiłam i łzy leciały z bólu, nogi się trzęsły, ale wiedziałam, że to minie. Lenka miała wtedy 3 miesiące, przerwanie karmienia nie wchodziło w grę. Na szczęście spotkałam na swojej mlecznej drodze wspaniałą doradczynię laktacyjną, zakochaną w karmieniu piersią, która wskazała mi właściwe postępowanie i wyprowadziła z tych laktacyjnych perypetii.

Choroba mamy karmiącej i robienie zapasów

Jednak najgorsze było przede mną. Gdy Lenka skończyła pół roku, strasznie zaczęły boleć mnie dłonie w nadgarstkach, do tego stopnia, że nie mogłam zginać kciuków, a w nocy nawet zmiana pampersa stała się nie lada wyczynem. W końcu trafiłam do ortopedy, który zdiagnozował chorobę Quervaina – zwaną potocznie kciukiem matki. Chorobę wywołuje nieustanne noszenie dziecka, podnoszenie, bujanie itd. Niestety wszelkie nieinwazyjne metody leczenia zawiodły i konieczne było wstrzyknięcie w dłoń sterydu. Lek ten przechodzi do krwi matki, przez co dostaje się do mleka. Może mieć niekorzystny wpływ na niemowlaka. W związku z tym musiałam przerwać karmienie na tydzień. Kolejna przeszkoda na naszej mlecznej drodze… Ale nie było wyjścia. Przez miesiąc ściągałam mleko laktatorem, w dzień i w nocy. Dźwięk laktatora dobijał mnie, męża i naszą córeczkę. Udało się, zebrałam potrzebne mleko.

Najgorsza była myśl, jak wytrzymamy tydzień czasu bez karmienia, co będzie w nocy, jak wpłynie to na naszą więź, jak zaspokoić potrzebę bliskości dziecka? Te wszystkie wątpliwości „siedziały” mi cały czas w głowie… Jak mój mały cycoholik da sobie radę? Czy ta mała istotka nie będzie się czuła odtrącona? Co zrobić, żeby tak nie było? I najważniejsze – co zrobić, aby Lenka po tygodniu nadal chciała ssać pierś?

Zabieg w szpitalu i karmienie piersią inaczej

Nadszedł dzień zabiegu. Rano ostatnie chwile rozkoszy przy karmieniu piersią. Czułam jak mleko opuszcza moją pierś, a ta mała kochana istotka wtulona we mnie i wpatrzona swoimi pięknymi oczkami rozkoszuje się smakiem mleczka. Steryd został wstrzyknięty. Wcześniej zasięgnęłam wielu porad u osób zajmujących się zawodowo i hobbystycznie problemami laktacyjnymi. Miałam karmić córkę z kubeczka, nie z butelki, aby nie stwierdziła, iż łatwiej jeść z butelki. Ściągać mleko laktatorem i się nie poddawać. Wróciłam od lekarza i zobaczyłam uśmiechniętą córeczkę, wyciągającą do mnie ręce po buziaka. Ogarnęło mnie poczucie pustki, straty czegoś ważnego. Popłynęły łzy smutku, żalu, że nie jestem w stanie zaspokoić potrzeb swojego dziecka. Pomyślałam, po co mi ten zabieg? Mogłam wytrzymać jeszcze. Ale nie – ból był ogromny. Chwila zadumy i nerwy przeszły. Musiałam się ogarnąć i dać radę, to tylko siedem dni.

W dzień jeszcze było znośnie. Gdy próbowała dostać się do piersi od razu ją zagadywałam, zabawiałam, pokazywałam coś ciekawego. Podawałam jej posiłki o stałych porach, a mleko mniej więcej wtedy, gdy zazwyczaj ssała pierś. Chociaż było to trudne, bo ssała na żądanie. Ale w nocy był dramat.

13453327_1266627090021741_456698175_oW dzień korzystałam z kubeczka. Ale jak to zrobić w nocy? Gdy dziecko płacze, bo nie jest przyzwyczajone czekać, a mleko musi się zagrzać. Kubek odpychała, płakała, nie chciała pić. W nocy chciała przytulić się do piersi, popić ciepłego mleczka. A tu nagle jakiś plastik jej dają. Była zdezorientowana, nie wiedziała co się dzieje i dlaczego nagle jest inaczej niż zwykle. Wzięłam więc butelkę, którą kupiłam na wszelki wypadek, i nakarmiłam malutką przytulając ją mocno do cycusia. Trzymała się mnie kurczowo i gdy poczuła ciepłe mleczko, zaczęła pić z butelki. Od razu bardzo dobrze sobie z nią radziła. Jakoś nie bałam się, że zastąpi pierś butelką. Nie ona – moja cycoholiczka budziła się w nocy kilka razy. Dawałam jej 2 razy butelkę, a w reszcie przypadków kołysałam, czytałam bajkę, śpiewałam kołysankę, tuliłam. Dużo pomagał mi Mąż, który wstawał i przygotowywał mleko. Usypiałam córkę, a sama wychodziłam z pokoju i ściągałam mleko. I tak kilka razy w nocy.

Pierwsza noc minęła, a ja poczułam ulgę, że nie jest tak najgorzej. Byłam strasznie niewyspana, a przede mną cały dzień samotnej opieki nad dzieckiem. Mąż dużo pracował, wracał codziennie około godziny 19.00-20.00 z pracy. Nie miałam jednak wyjścia, musiałam się zebrać, pokonać zmęczenie i dać z siebie wszystko. Każda kolejna noc była łatwiejsza. Minął tydzień. Byłam u kresu sił, totalnie wykończona przez brak snu.

Powrót do piersi

Ale tydzień minął! Rano byłam podekscytowana. Mogłam zapomnieć o laktatorze i butelce. Przystawiłam Lenkę do piersi. I poczułam znów te małe śliczne usteczka. Jej oczka patrzyły na mnie z miłością. Byłam bardzo szczęśliwa – nie zapomniała, jak pić mleczko! Przytuliła się mocno do mnie, a ja do niej i tak karmiłam ją długo, aż oderwała się od piersi. Uśmiechnęła się do mnie, a ja poczułam ogromną ulgę i radość, że wytrwałam i pokonałyśmy razem kolejną przeszkodę na naszej wspólnej mlecznej drodze.

Ta sytuacja uświadomiła mi, że nie jestem jeszcze gotowa przerwać karmienia piersią. Obie tego potrzebujemy i będziemy się karmić, aż poczujemy, że czas to zakończyć. Kiedy to nastąpi – nie wiem. Na razie wiem, że to nas uszczęśliwia. Nie wiem, kto nazwał urlop macierzyński urlopem – pewnie jakiś facet. Pierwszy rok jest cholernie trudny, wyczerpujący. Ale nagroda jest najwspanialsza – obserwowanie jak szybko zmienia się dziecko, jak rozwija. Przytulanie takiej małej istotki oraz bezgraniczna miłość to największa nagroda po całym tym trudzie urlopu macierzyńskiego. Mój właśnie dobiega końca – zaraz będziemy świętować roczek. 🙂

Magda – karmiąca piersią

Obrazek wyróżniający: zdjęcie z archiwum prywatnego.