W kolejce za mlekiem, czyli jak zostałam mamą KPI

Historia o tym, jak stanęłam w kolejce za mlekiem

To może o początku… ale takiego całkiem początku. Coś o sobie. Zanim znalazłam się w miejscu, w którym aktualnie jestem, przede mną była długa droga i to nie zawsze droga usłana płatkami róż… Dziś jestem mamą Igora (33 miesiące) i Kiry (12 miesięcy) i każdego dnia dziękuję Bogu, że pozwolił mi doznać uczuć związanych z macierzyństwem.

Jestem też pielęgniarką, która pomimo wykształcenia i teoretycznie dużej wiedzy popełniła wiele błędów związanych z tym ważnym czasem jakim było karmienie piersią (kp) i karmienie piersią inaczej (kpi), w szczególności w przypadku pierwszego dziecka.

Niepewność, marzenia…

Zanim urodził się Igor, droga do tego cudu była trudna, potrzebne było leczenie. Z powodu mikrogruczolaka przysadki, który utrudniał zajście w ciążę, przez wiele tygodni musiałam brać Bromergon. Z tygodnia na tydzień marzyłam o tym, żeby w końcu ujrzeć na teście upragnione 2 kreski… Miesiączki miałam nieregularne, system pracy 12 godzinny, nocny, praca na dwa etaty, praca na hematologii z cytostatykami oraz praca na bloku operacyjnym wcale nie ułatwiały nam z mężem prób poczęcia. Mąż, który również ma wykształcenie medyczne podchodził do tego wszystkiego z dystansem… wspierał, ale też ciągle powtarzał nie spinaj się tak, bo nic z tego nie będzie. Ale ja przecież tak bardzo chciałam być w końcu mamą. Tym bardziej, że w głowie miałam wiecznie słowa mojej mamy, którą w wieku 32 lat poddano zabiegowi histerektomii (zabieg chirurgiczny polegający na usunięciu macicy) – zwyczajnie bałam się, że mnie też to spotka i że nie zdążymy z potomstwem.

Tak czy owak przez rok czasu starań (wiem, dla niektórych to wcale nie dużo, ale dla mnie to był kawał długich dni i tygodni) byłam stałą klientką apteki w celu zakupu testów ciążowych… Chodziłam na ocenę owulacji i pamiętam jak dziś 17 czerwca ginekolog powiedział albo dziś albo wcale… Uczucia poszły w odstawkę i do sprawy podeszliśmy z mężem jak do zadania, które należało wykonać… Potem były Wianki i tzw. Noc Kupały, gdzie prosiłam o ciążę. Niestety potem znów przyszła miesiączka i znowu rozczarowanie. Poddałam się. Przynajmniej tak wszystkim mówiłam, że odpuściłam.

Ogromne zdziwienie, przerażenie…

Musiałam wykonać badanie – rezonans głowy (problemy ze wzrokiem) i wtedy ni stąd ni zowąd stwierdziłam, że zrobię sobie test. Czas oczekiwania 5 minut, to wzięłam się za mycie umywalki w łazience. Niechcący szturchnęłam test, a tam ku mojemu zdziwieniu pokazały się 2 czerwone kreski. Ucieszyłam się niezmiernie. Może to dziwne, ale wtedy zadzwoniłam do siostry z tą nowiną, mężowi jeszcze nie chciałam mówić, by nie zapeszyć. To był 8 lipca i tego dnia miałam iść na ocenę jajeczkowania i poszłam jakby nigdy nic. Lekarz potwierdził ciążę 5-6 tydzień. Ze względu na pracę i szkodliwe warunki od razu dostałam L4. Byłam szczęśliwa i przerażona, gdyż z jednej strony nadal musiałam brać Bromergon, a z drugiej Duphaston, a jedno z drugim się wykluczają trochę. Do 13 tygodnia miałam potworne krwawienia i praktycznie każdego dnia bałam się, że to ostatni dzień, gdy mam maleństwo pod sercem.

… oczekiwanie i rozwiązanie

Ciąża ogólnie przebiegała prawidło. Choć po 25 tygodniu systematycznie miewałam ataki kolki nerkowej, takiej że wyłam do księżyca, a mąż w domu faszerował mnie lekami zastrzykami i kroplówkami oczywiście wszystko za zgodą lekarza prowadzącego ciążę. Od 30 tygodnia musiałam leżeć, gdyż moja szyjka miała już wtedy 6 mm (wcześniej przechodziłam konizację szyjki) i co wizytę lekarz mnie straszył, że na pewno pani urodzi już na dniach. A w efekcie z 4 cm rozwarciem dochodziłam do rozwiązania. Poród miał się odbyć cc (wskazania zdrowotne), ale w efekcie był indukowany z podaniem oksytocyny, przebiciem pęcherza płodowego oraz po 10 godzinach zakończył się vaccum. A miało być lekko, szybko i przyjemnie – w końcu tak słyszałam przez ostatnie tygodnie od lekarza. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że najgorsze dopiero przede mną.

Przepraszam, ale muszę zakończyć pisanie, bo łzy cisną mi się do oczu…

… Igor urodził się zdrowy 3130 g i 51 cm wrzeszczącego szczęścia. Dostał 10 pkt. Niestety przez vaccum miał wielkiego krwiaka na główce. Jeszcze z pępowiną położono mi synka na klatce piersiowej, to było cudowne uczucie. Ja podczas ciężkiego porodu doznałam złamania kości krzyżowej oraz pęknięcia szyjki. Pierwsze godziny, potem tygodnie, aż w efekcie miesiące i ból jaki mi towarzyszył, nie pozwalał cieszyć mi się w pełni macierzyństwem.

Choroba a karmienie piersią

Karmienie? Już będąc w ciąży zastanawiałam się czy będę mogła karmić. Bardzo tego pragnęłam, ale do końca nie wiedziałam czy będzie to możliwe. Lekarze obiecali, że będę mogła karmić. Co mają do tego lekarze? W moim przypadku bardzo dużo. Urodziłam się jako wcześniak w 29 tygodniu ciąży. Było to 30 lat temu więc tak naprawdę to cud, że wtedy udało się utrzymać 1,5 kg kruszynkę przy życiu. Rozwijałam się nadzwyczaj prawidłowo fizycznie i mentalnie. Dużo chorowałam wprawdzie, ale kto z nas nie choruje?

Któregoś razu zauważono u mnie deformacje na klatce piersiowej, miałam może wtedy ze 4 latka. Pamiętam, że jeździłam z rodzicami po lekarzach i wielu próbowało stwierdzić dlaczego jest jak jest. Dopiero w wieku 16 lat lekarz ortopeda zdiagnozował u mnie tzw. Zespół Polanda. Choroba wrodzona, w moim przypadku objawiająca się brakiem mięśnia piersiowego większego po stronie prawej. Byłam nastolatką w okresie dojrzewania, której największym marzeniem było wyglądać jak koleżanki. Z wiekiem nauczyłam się kamuflować swoją niedoskonałość – szerokie bluzki, marszczone na wysokości biustu czy odpowiednie biustonosze (kupić biustonosz to największy koszmar był, bo jak wytłumaczyć w sklepie że potrzebuję taki czy taki i że na jedną pierś pasuje a na drugą co mam sobie skarpetkę włożyć?)

Bardzo mnie to wszystko męczyło, tak naprawdę nie akceptowałam swojego ciała i jedyne wytłumaczenie jakie znajdywałam na to wszystko to wcześniactwo. Codziennie zadawałam sobie pytanie dlaczego jestem tak krzywa i mam tę dziurę pod pachą. Nie rozumiałam też dlaczego koleżanki narzekały, że mają małe piersi. Przecież ja marzyłam o małych, ja marzyłam w ogóle o piersiach jakichkolwiek. Żeby móc choć trochę wyglądać „normalnie” przeszłam w okresie dojrzewania 3 przeszczepy tkanki tłuszczowej z uda w okolice mięśnia piersiowego. Jednak owe zabiegi nie dały efektu, a tylko się wycierpiałam (krwiaki, złamana szczęka). Tu wielkie słowa „dziękuję” należą się moim rodzicom, którzy podążali za realizacją moich marzeń. Marzenia, które z czasem stały się koniecznością w realizacji, gdyż nasilało to moją skoliozę.

Nadzieja na karmienie

I tak w 2009 roku trafiłam do kliniki chirurgii plastycznej, gdzie okazało się, że wadę, którą mam operuje się z powodzeniem, ba jest ona w 100% refundowana. Dla mnie było to bardzo ważne, tym bardziej że rodzicom się nie przelewało. I takim oto sposobem uwierzyłam, że są ludzie, którzy mimo iż posiadają prywatną klinikę, wysyłają swoich pacjentów do państwowego szpitala, gdzie też pracują i tam operują. Mój zabieg rekonstrukcji piersi był dwuetapowy. Najpierw wszczepiono ekspander, który miał za zadanie rozciągnąć skórę, by w przyszłości móc wszczepić w to miejsce implant sylikonowy. I tak przez pół roku podawałam sobie przez zastawkę w skórze sól fizjologiczną do ekspandera i przygotowywałam miejsce dla implantu. Potem wszczepiono mi odpowiedniej wielkości implant silikonowy, była rehabilitacja i akceptowanie „obcego lokatora” w sobie.

Wszystko skończyło się z powodzeniem. Miałam wtedy 19 lat, byłam młoda i lekarze zadbali już wtedy o to, że gdy zostanę mamą będę mogła karmić piersią. 😉 Dzięki nacięciom pod piersią wprowadzili protezę, a taki sposób nie uszkadza przewodów mlecznych i unerwienia. Oczywiście moja pierś nie jest idealna i nigdy nie będzie, ale wiem, że swoją życiową rolę spełniła. Po roku zdecydowałam się na implant w drugiej piersi, ale to już tylko ze względów kosmetycznych gdyż zwyczajnie przeszkadzało mi to, że znów jedna jest, a drugiej coś brakuje do mojego wymarzonego ideału. Dziś jestem 7 lat po zabiegu oprotezowania obu piersi. Przez 5 lat zastanawiałam się, czy faktycznie będę mogła karmić. Przecież mówić to sobie można, a życie czasem potrafi wszystko zweryfikować i to nie zawsze po naszej myśli.

Jak zostałam mamą KPI

Gdy w 36 tygodniu ciąży zobaczyłam, a wręcz wycisnęłam z piersi siarę – uwierzyłam, że to chyba prawda i że jest nadzieja na karmienie mojego synka. I tak gdy urodził się Iguś pierwszy raz dostał pierś 2 godziny po porodzie. Bardzo późno jak na pierwsze przystawienie, ale było to cudowne uczucie, jak taki mały ssak dopadł do piersi i wiedział co ma robić. Od Igusia jak i ode mnie każde karmienie wymagało dużo pracy. Przez wadę anatomiczną prawej piersi oraz implant moja brodawka jest bardzo wrażliwa, a zarazem nie mam czucia wokół otoczki. Nerwy nie są uszkodzone, ale przez brak miejsca i implant, który jest i tak bardzo mały – jest ucisk. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że sukces karmienia piersią inaczej będę zawdzięczać tej zdrowej lewej piersi. Nie wiedziałam nawet, że jest coś takiego jak karmienie piersią inaczej.

Niestety w ciągu 2 dni od porodu synek bardzo tracił na wadze, miał chlustające wymioty, nie jadł, a jak jadł to zaraz wszystko zwracał. Okazało się, że przez ciężki poród doszło do zakażenia wewnątrz macicznego i Iguś złapał bakterie oraz ostre zapalenie układu moczowego, które powodowały taki stan. Synek trafił na oddział neonatologii intensywnej. Był karmiony dożylnie oraz sondą, bo stan był bardzo ciężki. Mój horror zaczął się w momencie, gdy usłyszałam, że „dziecko zostaje a pani idzie do domu”. Tak codziennie przez tydzień, jeździłam do szpitala i przystawiałam dziecko do piersi. Wtedy nie umiałam robić tego efektywnie, albo raczej nie wiedziałam, że robię to źle. Mały dostał smoczek (nie chciałam, żeby go miał) i był dokarmiany mlekiem modyfikowanym. A ja wracałam do domu zalana łzami i walczyłam o każdą kroplę w dzień jak i w nocy, by móc choć porcję mleka zawieść synkowi rano.

Powrót do domu i opieka pediatry

Gdy byliśmy już w domku, walka o laktację i karmienie wcale nie była prostsza. Iguś każde karmienie praktycznie wymiotował, a ja płakałam, że jadł z piersi długo, że się najadł, a za 3 minuty wszystko lądowało na mnie, a dziecko było znów głodne. Takim sposobem za radą pediatry (Jezu jaki człowiek był niedouczony) Iguś dostawał mleko modyfikowane dla dzieci z refleksem. A ja zaczęłam ściągać mleko praktycznie po każdym karmieniu piersią. Nawet nie pamiętam jak to się stało, że z czasem już tylko ściągałam mleko i że udało się zrezygnować z modyfikowanego, bo pomimo „specjalistycznego mleka” mały i tak ulewał. Ba nawet rozszerzyłam mu dietę po 3 miesiącu (wstyd się przyznać, ale co zrobić, jak ufa się lekarzom) i co – nic z tego nie wyszło, bo teraz zamiast wycierać mleko z podłogi wycierałam marchewkę, którą, ba, musiałam potem wyciągać z noska.

Po 5 miesiącu zabrałam Igusiowi smoczek i wtedy też zdecydował, że pierś jest be. Dużo w tym mojej winy, gdyż w pewnym momencie miałam takie spaczenie, że wolałam kontrolować ile zjada, skrupulatnie wszystko notowałam co do mililitra, co do godziny i to mnie zgubiło i zakończyło nasze kp. Wtedy też młody odrzucił mleko modyfikowane, a ja już na stale rozpoczęłam przygodę z laktatorem.

Wsparcie…

Nie pamiętam też jakim sposobem trafiłam do grupy mamy karmiące inaczej, ale wiem że to było najlepsze co mogło mnie wtedy spotkać i dzięki temu przestałam popełniać błędy, a Iguś do 17 miesiąca z apetytem jadł moje mleczko. Ja mogłam nawet zrobić trochę zapasów, z których przez długi okres korzystaliśmy. Początkowo ściągałam mleko ręcznym laktatorem, ale było to bardzo pracochłonne, a jak ściągałam po 8 razy na dobę, to ręce mi wysiadały. Wtedy kupiłam elektryczny Lovi Proctalis i randkowanie z „elektrycznym Igorem” stało się nałogiem.

Chyba nigdy nie miałam dość laktatora, nawet gdy przyszły momenty zwątpienia, a takie były, to widok jedzącego moje mleczko synka, a przede wszystkim zdrowego, dawało mi kopa na kolejne dni, tygodnie czy miesiące.

Życie z laktatorem

Mąż i rodzina nigdy nie negowali tego co robię. Laktator był ze mną wszędzie: na zakupach, w podroży samochodem czy samolotem. Nawet mój wtedy 4 letni chrześniak patrzył jak ciocia ściąga mleczko dla Igorka i mówił: „Masz ciocia wodę do picia żeby Iguś miał dużo mleczka!” Przyznam, że gdy myślałam o zaprzestaniu ściągania mleczka to ciężko mi było to zrobić. Jakoś szkoda mi było? Tak naprawdę nigdy nie byłam jakąś mega wydajną mleczną mamą i każdego dnia walczyłam o mleczko.

Gdy czytałam na grupie, że ktoś ściąga po 300 ml na jedno posiedzenie czy na dobę po 2-3 litry, ba, wysyła nawet swoje mleczko innym mamom, bo tyle tego mleka ma, to zazdrościłam bardzo. Bo przy moich max 700 ml na dobę, a zazwyczaj około 600 ml przy 8 czy 6 ściąganiach to zwyczajnie można było się zdołować. Ale z drugiej strony byłam szczęśliwa, że ta moja ilość jest wystarczająca, by zaspokoić potrzeby Igora i jeszcze pomrozić. I tłumaczyłam sobie, że może gdyby nie „ta pierś” – byłoby więcej.

Całą robotę wykonywała zdrowa pierś, gdzie ściągałam np. na jedną sesję z niej 120 ml a z drugiej 20-30 ml. Trzeba było zaakceptować ten fakt i cieszyć się z tego co jest i tak miesiące mijały aż w okolicy 13 miesiąca postanowiłam zmniejszyć ilość ściągnięć – oczywiście odpowiednio się do tego wszystkiego przygotowałam. Nadal piłam „swoje cudowne zioła”, bo to już było przyzwyczajenie i nawet polubiłam zapach kozieradki unoszący się na moim ciele.

Zaczęliśmy starać się o kolejne dziecko

Jowita

Obrazek wyróżniający: zdjęcie z archiwum prywatnego.

Fundacja "Mlekiem Mamy" wspiera w karmieniu naturalnym. Jeżeli karmienie piersią okazuje się niemożliwe, pokazujemy, że można karmić piersią inaczej (KPI), tj. odciągniętym mlekiem i podawać je w inny sposób. Edukujemy w zakresie tzw. świadomego rodzicielstwa i zdrowego stylu życia już od pierwszych chwil dziecka. Prowadzimy również działalność odpłatną w zakresie wsparcia okołoporodowego.