Teoria a praktyka

HISTORIE MAM

Teoria teorią a praktyka praktyką, czyli to opowieść o tym, jak zostałam mamą karmiącą piersią inaczej (kpi)…

Przygotowania do porodu

Ciąża przyszła trochę spodziewanie, trochę nie. Tak czy inaczej postanowiłam przygotować się do przyjścia maluszka najlepiej jak potrafię. Chodziłam z chłopakiem do szkoły rodzenia, zahaczyłam też o warsztaty na temat karmienia piersią (kp), gdzie dowiedziałam się masę rożnych przydatnych rzeczy, m.in. to, że mogę jeść wszystko i to, że kapturki to zło i również to, że każda mama ma pokarm.

Uzbrojona w konkretną wiedzę dzielnie planowałam kp przez pół roku minimum, docelowo rok a nawet więcej, przecież zaopatrzyłam się w laktator.

Zmiana planów

Już poród nie przebiegł tak, jak sobie zaplanowałam, wody odeszły o 2 w nocy a o 10:30 zabrali mnie na cesarkę, gdyż nie było skurczów.

Rodziłam w szpitalu, gdzie wszelkie standardy typu kontakt skóra do skóry i jak najszybsze pierwsze przystawienie były stosowane. Przyszła pani z maluszkiem, który spokojnie złapał pierś i ssał swoją pierwszą siarę.

Kłopot drugi to początkowy brak pokarmu po cesarskie cięcie (cc). Przez pierwszy dzień próbowałam raz na jakiś czas przystawiać syna do piersi, jednak on przez moje płaskie brodawki i opóźnienie pokarmu kompletnie nie chciał jej chwytać. Przyszła położna laktacyjna i zaczęły się próby. Już wtedy młody szarpał się, prężył i łapał się tylko przy pomocy położnej, jednak jak tylko mnie opuszczała, problem nawracał.

Walka o krople siary

Mimo wszystko wielki szacunek dla położnych laktacyjnych z mojego szpitala. Cierpliwie bardzo nam pomagały, wycisnęły siarę, którą podałam przez strzykawkę oraz pożyczyły laktator, dzięki czemu mogłam sama podawać maluszkowi siarę przez strzykawkę. Jednak wszystko to było za mało dla małego brzuszka. W drugiej dobie zgodziłam się na dokarmienie, bo po prostu nie miałam siły słuchać jego głodnego płaczu. I zaczęłam walczyć z laktatorem o kropelki mleka, które podawałam przez strzykawkę. Kupiłam też kapturki polecone przez położne, dzięki czemu mały chociaż trochę łapał się piersi.

Prezent z wyprawki i saszetki

Pojechaliśmy do domu i ja, zapatrzona w kp uparcie próbowałam przystawiać maluszka do piersi.  Całą dobę pamiętam jako jeden wielki płacz syna i mnie. W końcu odpuściłam i podałam mu jedną z buteleczek mleka modyfikowanego podarowanych w wyprawce od szpitala. Dziecko było najedzone i w końcu usnęło, a we mnie walczyły na zmianę wyrzuty sumienia, poczucie ulgi i jednocześnie bezradności, że nie mogę wykarmić swojego maleństwa.

Położna środowiskowa poleciła dokarmiać, jednak dała też saszetki Femaltikeru, żeby rozkręcić laktację. Powiedziała również, żeby przystawiać jak najczęściej. Było to niewykonalne, bo mały jak tylko się budził to wył z głodu, a wszelkie próby rozbudzenia go na karmienie się nieudawany.

Ja troszeczkę odpuściłam, bo ważne było to, że w końcu syn je i nie jest głodny, więc próbowałam go przystawiać, następnie dawałam mleko modyfikowane i odciągałam mleko.  W efekcie mleka było coraz mniej, ja coraz rzadziej przystawiałam, odciągałam nieregularnie i coraz bardziej wyłam z bezsilności, że syn nie je mojego mleka.

Walka o pierś

Po dwóch tygodniach zaparłam się i spróbowałam go przegłodzić, skoro mam jeszcze pokarm to czemu nie spróbować jeszcze raz.  Zaczął się czas wycia, wrzasków i płaczu syna (bo pojawiły się już u niego łzy). Widok łez własnego dziecka przy piersi jest nie do opisania. Raz za razem płakałam razem z nim.

Wizyta położnej środowiskowej również bardzo mi pomogła. Uświadomiła mi, że syn bardzo chce jeść, że ssie, ale trzeba wymienić kapturki na inne. Eureka! Po wymianie kapturków było nieco lepiej, przez kilka dni udawało mi się karmić dziecko piersią na tyle skutecznie, że w nocy zrezygnowaliśmy z butelki. Nie przeszkadzało mi to, że spędzaliśmy na karmieniu większą część czasu. Tłumaczyłam sobie, że widocznie tak ma być.

Sielanka trwała kilka dni, następnie przyszedł kryzys, który zbiegł mi się chyba ze skokiem rozwojowym małego. Znowu wrócił płacz, krzyki i coraz częstsze dokarmianie mlekiem modyfikowanym. Zdesperowana już totalnie umówiłam się na wizytę z Certyfikowanym Doradcą Laktacyjnym (CDL). Było mi już wszystko jedno. Jak ona mi nie pomoże to przechodzimy na mleko modyfikowane totalnie.

Doradczyni, złota kobieta, niesamowicie podniosła mnie na duchu. Pamiętała mnie jeszcze z porodówki. Non stop powtarzała, że nie jestem złą matką, że robię dla Franka tyle ile się da i że nie mogę się o nic obwiniać. Co do jedzenia z piersi powiedziała, że nie ma co się denerwować, widocznie nie chce jeść i już. Poleciła odciągać i podawać odciągnięte.

Randki z laktatorem

Początkowo odciągałam co 3h metodą 7-5-3. I nie mówię, że jest ona zła. Jednak ja zaparłam się przy odciąganiu, tak jak przy karmieniu piersią wcześniej. Znowu zaczęłam czytać odciągając początkowo ok. 20 ml na raz. Tak trafiłam na grupy na Fb „Mamy ściągające mleko (karmienie piersią inaczej)” oraz „Randkujące z laktatorem – karmienie piersią inaczej offtopowo”. Dopiero dzięki dziewczynom z tych grup zaczęłam ściągać co 2h a w nocy co 3 (w sumie 11 ściągań na dobę) oraz stosować power pumping i suplementować się słodem jęczmiennym i kozieradką. Oczywiście nie jest łatwo, taka ilość odciągnięć  w tym 4 razy power pumping daje 7,5 godziny na dobę randek z laktatorem. Mój dzień jest podporządkowany randkom oraz myciu i sterylizacji sprzętu i butelek. Początkowo strasznie bolał mnie brak czasu dla własnego dziecka na rzecz laktatora. Teraz doszłam już do wprawy i odciąganie nie przeszkadza mi ani w karmieniu ani w tuleniu mojego maleństwa. Zakupiłam również podwójny laktator, co dało mi dużo więcej czasu.

Dar matki

Nie jest łatwo, powie to każda mama kpi. Jednak mimo tego wszystkiego wiemy, że dajemy swoim dzieciom to, co najlepsze i że randkowanie kiedyś się skończy, a to, co robimy dla swoich maleństw teraz – zaprocentuje w przyszłości.

Kasia – mama kpi