Prawie tak jak sobie wymarzyłam

HISTORIE MAM

Jak ja sobie wymarzyłam? Otóż zanim zaszłam w ciążę, wiele znajomych i osób z rodziny pytało nas, kiedy w końcu zdecydujemy się z mężem na dzieci. W końcu jesteśmy razem tyle lat, bo dwanaście, a po ślubie sześć. Mieliśmy to szczęście, że nie mogliśmy łapać się wymówek typu nieskończone studia, brak pracy czy też nieodpowiednie warunki lokalowe dla maleństwa. Po dłuższym czasie ciekawości otoczenia w końcu doszło do tego, że pytający z grzeczności zamilkli. Czasami słyszałam tylko „pamiętaj, nie ma dobrego czasu na dziecko”. Jednak nie godziłam się z tym, by decydować się na tak ważny życiowy krok, jakim jest dziecko tylko dlatego, że wypada, że wiek taki, a taki i tak dalej… Utwierdzałam się w swojej decyzji widząc znajome, które wydawały się być sfrustrowane posiadaniem dzieci, nie chciałam taka być. Zawsze zależało mi na tym, by żyć świadomie i konsekwentnie.

Żyłam więc pełną piersią, realizowałam się zawodowo, z mężem dużo czasu spędzaliśmy razem. Spotykaliśmy się ze znajomymi, podróżowaliśmy, chodziliśmy po górach, a nawet nudziliśmy się. Czerpaliśmy z życia pełnymi garściami.

Ten czas

W końcu nadszedł taki czas, że doceniając to co od życia otrzymaliśmy dotychczas, zapragnęliśmy je nieco odmienić i zaprosić do naszego związku małą Istotę.

Niestety maleństwo nie pojawiło się tak szybko, jak tego oczekiwaliśmy. Życie w biegu, dużym stresie spowodowało, że musieliśmy uporać się paroma przeszkodami, zanim doczekaliśmy się radosnych wieści. Doszły do tego moje problemy hormonalne. Jednak nie traciliśmy nadziei. Co jakiś czas regularnie korzystałam z testów ciążowych, żeby sprawdzić czy może jednak to już. Niestety długo NIC.

Zbliżała się kolejna diagnostyczna wizyta u lekarza, na której usłyszałam od mojej Pani Doktor: „O proszę! A tu już jest pęcherzyk ciążowy”. Nie mogłam w to uwierzyć, wyszłam z gabinetu z uśmiechem i łezkami w oczach oraz zdjęciem USG w dłoni. Jak się okazało, ta „Kropeczka” to był wynik naszego wiosennego urlopu. Od razu udałam się więc na pobranie krwi, by sprawdzić poziom B-HCG. Był odpowiednio wysoki. Kiedy wieczorem pokazałam mężowi zdjęcie USG nic nie powiedział, tylko wziął je w trzęsące się ręce i się uśmiechnął. Powiedział, że nie wierzy w to co słyszy.

Pod dobrą opieką

Nie posiadaliśmy się ze szczęścia, ale ja jeszcze tłumiłam te emocje, bo z powodu moich hormonów wolałam z tą radością poczekać. Na szczęście, dzięki dobrej opiece mojej Pani Doktor, ciąża przebiegła bez komplikacji. Ominęły mnie typowe ciążowe przypadłości. Noszenie w brzuchu mojego Syna to był cudowny czas.

Pierwszy trymestr spędziłam wyjątkowo o siebie dbając, drugi i część trzeciego były bardzo aktywne, nawet zdobyłam wtedy najwyższy szczyt Bieszczadów. Przez cały ten czas przygotowywałam się do roli Mamy. Wiele czytałam, chodziłam do szkoły rodzenia, na spotkania edukacyjne oraz fitness dla mam.

Przekonania

Byłam pewna, że będę chciała urodzić siłami natury, karmić Synka od razu po porodzie, wychowywać Go zgodnie z zasadami rodzicielstwa bliskości, itp. Oczywiście, dopuszczałam myśli, że na poród nie do końca mam wpływ.

Jednak byłam dobrej myśli, dodatkowo miałam tak duże „parcie” na karmienie piersią, że wypytywałam wszelkie spotkane położne o możliwość jak najszybszego przystawienia maluszka po ewentualnej cesarce. Moje nastawienie na karmienie nakręcał też fakt, że od 6 miesiąca ciąży moje piersi zaczęły produkcję, nie mogło się więc nie udać.

Wymarzony poród

Na szczęście udało mi się urodzić mojego Synka tak jak chciałam, do wody. Cały czas był ze mną mój mąż, podczas pobytu na porodówce bardzo mnie wspierał. Dodatkowo miałam przy sobie położną, którą spotkałam w szkole rodzenia. Od razu ujęła mnie tym, jak opowiadała na zajęciach o narodzinach, więc wybrałam Ją dla siebie jako osobę, której chcę zaufać w tym szczególnym dla nas dniu.

Synek urodził się po 8 godzinach regularnych skurczy, o 19:00. Miał 3 kg, 10 pkt Apgar – okaz zdrowia i szczęścia J Zrobił mi jednak „psikusa”, bo rodził się z obiema rączkami przy główce. Śmialiśmy się z mężem, że to będzie mały zwycięzca. Od razu po porodzie były przytulanki ze mną i Tatusiem. Kiedy chwilę odpoczywałam, mąż poszedł z położną na pomiary. Za kilka minut wrócił z Synkiem na karmienie. Wszystko było jak w podręczniku, malutki przypełzał i zaczął ssać, po czym usnął. Byliśmy niesamowicie wykończeni, ale przeszczęśliwi.

Przyszły problemy

Problemy zaczęły się na następny dzień. Maluszek nie umiał się porządnie przyssać. Jak usłyszałam od położnej mam płaskie brodawki, więc on nie potrafi ich złapać. Jak już złapał to wyrywał je sobie z buzi rączkami, które nadal lubił mieć przy główce. Już kilka takich karmień spowodowało, że piersi paliły żywym ogniem. Otulałam Synka na milion sposobów, by chociaż trochę okiełznać rączki – przeszkadzajki. Nie wychodziło nam.

Stan moich piersi stale się pogarszał. Chciałam skorzystać z porady doradcy laktacyjnego, którego poznałam w szkole rodzenia i współpracuje ze szpitalem. Okazało się to niemożliwe w tym czasie, więc musiałam radzić sobie sama, bo położne na oddziale były stale zalatane. Jedyna rada jaką otrzymałam była taka, żeby przed karmieniem pościskać brodawki i je wyciągać. Mimo ogromnego bólu i łez w oczach ściskałam je, żeby tylko nakarmić dziecko. Najgorzej było w nocy, każde przewijanie, każde karmienie to było pasmo histerii Syna i moich zaciśniętych zębów oraz zimnych potów.

Pobyt w szpitalu – droga do donikąd

W dzień był z nami mąż, wtedy opiekowaliśmy się Maluszkiem wspólnie. Synek był wtedy o wiele spokojniejszy. Kiedy już mąż opuszczał szpitalną salę zaczynał się płacz i mój maraton. Marzyłam tylko o jak najszybszym wypisie do domu. W szpitalu czułam się totalnie bezradna i bez pomocy. Nikt nie poinstruował mnie jak zajmować się maleństwem, jak karmić, jak przewijać. Tak jak po porodzie o 21:00 pojawiłam się na sali, tak do rana radziłam sobie tylko dzięki poradom koleżanki z łóżka obok.

Drugiego dnia pobytu w szpitalu pojawił się nawał. Piersi były twarde, mleko samo leciało. Wtedy nie wiedziałam, że to właśnie stan nawałowy. Myślałam, że po prostu zaczęła się produkcja i tyle. Synek jadł co ok. 3 godziny. Jak zbliżała się pora karmienia to było mi gorąco z nerwów. Zgłosiłam to położnej, powiedziałam, że okropnie mnie boli, że nie dam rady karmić tak często synka. Dostałam do ręki butelkę z mlekiem modyfikowanym. Wróciłam do łóżka z poczuciem bezradności i porażki, jednak za kilka chwil wróciłam do położnej i odniosłam butelkę. Wiedziałam, że do droga donikąd.

Walka o karmienie

Okazało się, że karmiłam syna jednak za rzadko. Wróciłam do domu z gorączką i ogromnym palącym bólem już nie tylko brodawek. Usiadłam na kanapie i dotarło do mnie, że nie dam rady nakarmić Synka. Zaczęliśmy z mężem gorączkowe poszukiwania sklepu, gdzie można kupić stacjonarnie laktator. Na szczęście model sprzętu wytypowałam jeszcze przed porodem. Wysłałam męża do sklepu. Gdy wrócił, z niepokojem i pod wielką presją czasu (pora karmienia), studiowaliśmy instrukcję obsługi tej dziwnej maszyny.

Nieśmiało przyłożyłam sprzęt do piersi i zaczęło lecieć mleko. Syn dostał posiłek z pomocą butelki. Na początku kompletnie nie wiedziałam jak to obsługiwać. Odciągałam w stresie bezpośrednio przed posiłkami, a mały jadł co półtorej, dwie godziny. Z biegiem dni uczyłam się obsługi tego urządzenia i po prostu ściągałam mleko od razu po każdym posiłku. W całym tym zamieszaniu mąż mył i parzył sprzęt, robił zakupy i kanapki, byśmy nie padli z głodu. Po opanowaniu zapalenia piersi i podleczeniu brodawek próbowałam przystawiać Syna do piersi. Każde karmienie to była udręka, mały nadal raczkami odgarniał pierś, dodatkowo nawet po akcji czułam szarpany ból, który ciągnął się od piersi aż do pleców.

Wsparcie męża

Położna środowiskowa, która nas odwiedzała dawała wiele rad. Żeby karmić tą piersią, która mniej boli, a z drugiej ściągać mleko. Potem zaś, by przed karmieniem ściągać, bo może ból spowodowany jest wypełnianiem mlekiem kanalików i podciśnieniem jakie wytwarza maluszek zasysając. Próbowałam wszystkiego, łącznie z osłonkami na piersi.

Niestety, nic nie pomagało. Ból był przeszywający i tak mocny, że powodował wstręt do Maluszka. Okropnie się z tym dzisiaj czuję, ale takie były fakty. Mąż bardzo mi współczuł i wspierał.

 Przyjemne karmienie

Usłyszałam kiedyś, że karmienie ma być przyjemne, więc gdy nasze takie nie było sięgałam po laktator, bo do przyjemności było baaaardzo daleko. Miałam okropny mętlik w głowie i myślałam dniami i nocami co robię źle. Podczas laktatorzenia czytałam miliony artykułów nt. zapaleń, bolących brodawek i prawidłowych przystawień. Niestety nic nie pasowało do układanki bólu.

Postanowiłam spotkać się z certyfikowanym doradcą laktacyjnym, bo wiedziałam, że sama nie dam sobie rady. Diagnoza: płaskie brodawki, ale Syna przystawiam dobrze. Zalecenia: nakładki formujące i ćwiczenia Hofmanna, otulanie maluszka do jedzenia i będzie OK. Nie było… dalej bolało tak, że widziałam gwiazdy. Przemierzałam znów Internet wzdłuż i wszerz. Objawy pasowały mi do grzybicy piersi. Postanowiłam skonsultować się z innym CDL, który zalecił mi posiew bakteriologiczny mleka. Okazało się, że jest wszystko „OK” i nie mam  grzybicy. „OK” celowo w cudzysłowie, bo znów czułam się samotna i bezradna. Naprawdę wtedy chciałam mieć tę grzybicę, wiedziałabym wreszcie co mi jest i co dalej robić.

Radziłam się prawie wszystkich znajomych matek. Mówiły: „spokojnie, piersi muszą się przyzwyczaić, zahartować, z każdym dniem będzie lepiej.” Znów nie było, ból przybierał na sile z każdym kolejnym karmieniem.

W poszukiwaniu przyczyny

Pewnego dnia stwierdziłam, że może faktycznie trzeba zacisnąć zęby i się hartować. Nakarmiłam Synka 3 razy pod rząd, z pomocą środków przeciwbólowych. Kolejnego razu nie było, bo piersi bolały tak, jakby ktoś do nich przykładał piłę łańcuchową, uczucie to trwało kolejne 4 dni. Mimo, że już nie próbowałam dalej i ściągałam mleko.

W tych chwilach nienawidziłam laktatora, bo również on sprawiał mi ból. Mąż miał już serdecznie dość moich narzekań na karmienie. Chciał bym w końcu zdecydowała się na sposób w jaki dajemy dziecku jeść, bo on ma już dość mojego jęczenia, mycia i wyparzania. Radził, byśmy sięgnęli po mleko modyfikowane.

Ale we mnie nie było na to zgody, dałam sobie magiczne trzy miesiące, a do tego czasu nadal szukałam „winowajcy” bólu. Byłam na USG piersi, odwiedziłam z Synem neurologopedę. Wszystko było wzorowo. A ja byłam coraz bardziej załamana. Nie miałam żadnych tropów. Czułam się winna, bo skoro wszyscy mówią, że jest dobrze to oznacza, że ja jestem zbyt słaba, nieodporna na ból. Ale w głębi duszy nie potrafiłam się pogodzić z tą myślą, bo ból porodowy zniosłam wzorowo. Nigdy nie przepadałam za tabletkami przeciwbólowymi, a moje wizyty u dentysty przebiegały bez znieczulenia.

Myślenie o karmieniu piersią nadal zajmowało mi bardzo wiele czasu. Ten niezidentyfikowany ból ciągle nie dawał spokoju, jednak kompletnie nie wiedziałam już co mam robić i do kogo się udać. Postanowiłam, że spróbuję jednak nakarmić. Przytuliłam synka i utuliłam go do snu przy piersi.

Kolejne próby

Mijało właśnie 11 tygodni ściągania pokarmu i przyrządzania mrożonek. Bolało mniej niż zazwyczaj. Spróbowałam kolejnego dnia. Też bolało, więc był dzień odpoczynku dla piersi. I tak karmiłam kilka dni raz prawą raz lewą. Potem były 2 karmienia pod rząd, potem trzy i okazało się, że jest to już do zniesienia. Do dziś nie wiem co przyniosło poprawę. W końcu karmiłam całą noc i cały dzień. Jednak wtedy okazało się, że Maluszkowi przy piersi jest źle. Łapał, a po chwili się wyrywał ciągnąc pierś, krztusił, kaszlał.

Znów nie wiedziałam co mam robić, a nie chciałam martwić się tym, jak ratować życie dziecku jednocześnie je karmiąc. Wróciłam do podawania mleka butelką. Jadł normalnie. Miałam tylko jeden wniosek: mój Synek nie chce już piersi i wolał buteleczkę. Znów czułam się winna i niespełniona jako matka, a mąż był na mnie wściekły, że podniosłam głos na dziecko podczas karmienia. Oczywiście, byłam na siebie o to zła, ale nie poddałam się.

W oczekiwaniu na wizytę laktacyjną

Umówiłam się szybko na wizytę u CDL. Do tego czasu (przez 2 dni) uparłam się, że będę karmić piersią i odstawiam całkowicie butelkę, do czego małżonek był sceptycznie nastawiony. Jak usłyszał o karmieniu kubeczkiem to powiedział, że sama będę się tak męczyć. Wpuściłam to jednym uchem, a drugim wypuściłam. Nie chciało mi się już niczego analizować. Byłam na to zbyt zmęczona.

Co się działo w tym czasie z laktatorem? Nadal był w użytku. Przez karmienie piersią zaczęła się taka produkcja, że dziecko nie nadążało z jedzeniem. Nadal ściągałam więc mleko i robiłam mrożonki.

Z jedzeniem Syna było różnie. Niekiedy było OK, a niekiedy nie potrafił się najeść, bo ciągle się dławił i płakał. Mleko leciało strumieniami, więc mimo zakrztuszeń, coś tam zjadł i zasypiał. Sama nie wiem czy z najedzenia czy ze zmęczenia…

Spełnione marzenie

Nadeszła wyczekana wizyta u CDL, która przyjmuje przy Banku Mleka Kobiecego. Okazało się, że Malutki nie nadąża z jedzeniem w kontekście do wypływu mleka. Mając zamrażarkę pełną mleka zaproponowałam, że oddam nadwyżki pokarmu do banku. Jednak nie mogłam tego zrobić, bo przyjmowano mleko tylko od kobiet przebywających na pobliskim szpitalnym oddziale położniczym.

Tymczasem próbowałam tryliard pozycji karmienia, by oszukać grawitację i pomóc Synkowi w jedzeniu. Poskutkowało użycie nakładek na piersi oraz napar z szałwii. Codziennie jest odrobinę lepiej. Uczymy się z Malutkim grać w duecie, a z Mężem nadrabiamy zaległości. Dopiero teraz mogę być tu i teraz z moimi chłopakami i poświęcić im tyle uwagi ile chcę.

Dziś, po 13 tygodniach od narodzin Syna, wiem, że nasze karmienie przebiegałoby całkiem inaczej gdybym skorzystała z pomocy CDL już w szpitalu, ale wiem też, że:

Dziecko przyszło do nas w odpowiednim czasie, tak jak sobie wymarzyłam.

Rodziłam naturalnie, tak jak sobie wymarzyłam.

I w końcu karmię piersią, też tak jak sobie wymarzyłam.

Mama Zwycięzcy