Pani Matka

Pani Matka – historia pewnego karmienia

HISTORIE MAM
Kim jestem

Jestem 30-latką, żoną i matką trójki dzieci (8, 5 i 2 latka). Od stycznia 2016 roku prowadzę bloga Pani Matka, który jest moją drogą do siebie. Miejscem, w którym chcę pokazywać, że matki zajmują się nie tylko dziećmi.

Kim są moje dzieci

Wszystkie moje dzieci to nieprzeciętni alergicy wymagający dużej dbałości o to, co jedzą i co je ich karmicielka. Jest to pewien klucz do zrozumienia mojego postępowania opisanego w dalszej części historii, którą chcę się z Wami podzielić.

Pierwsze podejście do KP

Pierwszego syna urodziłam w 2008 roku. Wspomnienia totalnego sponiewierania przez poród szybko zostały zastąpione przez kilkudniowy euforyczny haj, by potem przerodzić się w poporodową deprechę. Baby blues minął po dwóch tygodniach. Niestety, nie na długo. Po 4 tygodniach od narodzin na wizycie kontrolnej u lekarza okazało się, że… mój syn NIC nie przybrał. Nie przybrał, bo spał i jadł jak ptaszek. Kilka minut przy piersi to było dużo. Zaczęła się walka o to, by ssał częściej i więcej. Dokarmianie, by nadrobił stratę odciągniętym mlekiem i pobudzanie laktacji.

Z powodu bardzo nasilonej alergii mój lekarz pediatra nie pozwolił mi się poddać i kibicował, bym nadal karmiła. Tak też się stało, po kilku wizytach w poradni laktacyjnej karmiłam go piersią przez rok. Mleko mamy jest jedynym tak wspaniałym lekarstwem na alergię dla dzieci i miałam tego pełną świadomość. Nigdy natomiast nie było to radosne, swobodne karmienie piersią, ponieważ strach przed zbyt małym przybieraniem był tak wielki, że cały czas pilnowałam każdego karmienia, a stres nie opuszczał mnie przez długie miesiące. Mój syn był śpiochem i totalnie niecycowym dzieckiem, ale udało się. Jakoś.

Drugie podejście do KP

Kiedy urodziłam córkę po prawie 4 latach byłam już mądrzejsza o tamte doświadczenia i wiedziałam, że jeśli tylko córka będzie za dużo spała, muszę sama budzić ją na karmienia przynajmniej co 3 godziny. Tak też robiłam od samego początku, już w szpitalu. Ssała bardzo leniwie, krótko i zapadała w sen. Budziłam ją w dzień i w nocy. Próbowałam karmić na różne sposoby, pozycje, skóra do skóry, rozbudzanie, przewijanie, przebieranie. Nic nie pomagało, spała tak mocno, że po minucie czy dwóch ssania dalej zasypiała. Wszystkie metody pobudzania jej do jedzenia zawodziły. Kiedy miała dwa tygodnie, spała kolejne 5 godzin, a ja nie mogłam jej dosłownie dobudzić, by porządnie zjadła.

Znajoma pediatra poleciła, bym zrobiła małej badania: morfologia, mocz, crp, bilirubina. Infekcji żadnej nie miała, bilirubina w normie, ale krew była już troszkę zagęszczona. Powoli córka się odwadniała przez to spanie tyle godzin i przyjmowanie zbyt małej ilości pokarmu. Trafiłyśmy do szpitala, gdzie wzmocnili ją kroplówkami. Zaczęła ssać troszkę lepiej, ale ja jednak musiałam już dodatkowo stymulować laktację przez odciąganie pokarmu po karmieniu. Cały stres sprzed niespełna 4 lat powrócił do mnie ze zdwojoną siłą.

Zaczęła się walka o karmienie, ponieważ córka także jest alergikiem. Sytuacja nie poprawiała się w żadnej mierze przez kolejne tygodnie, a przyrosty ledwo osiągały minimalny poziom. Czasem nie udawało się osiągnąć nawet tygodniowego minimum. Naokoło nikt mnie nie rozumiał, słyszałam, że przesadzam, że mój problem jest w głowie, że mam się cieszyć, że córka tak ładnie śpi. Po dwóch i pół miesiąca tej walki byłam już na skraju załamania psychicznego. Depresja totalna, dolina, pot i łzy.

Jest jedna rada, która powodowała u mnie szał. “Przystawiaj częściej”. Jak? Jak częściej, kiedy jedno karmienie trwa z pobudzaniem ok. godzinę? Potem chwila na sen i znowu budzenie. Bo przy tak małych przyrostach polecano mi ją karmić co 2 godziny. Mniejsze ilości, ale częściej. Oczywiście, można i tak, ale po dłuższym czasie córka też była już tą szarpaniną wykończona. Jednym słowem katastrofa.

Zaczęłam myśleć, co dalej, że dłużej tak nie pociągnę, bo zwariuję. Naprawdę bałam się o swój stan psychiczny i emocjonalny. Mąż, choć dzielnie wspierał, też był już tym wykończony, a syn… nie wiem jak to odbierał, ale ja nie potrafiłam się niczym cieszyć. A zależało mi na tym, by karmić swoim mlekiem, gdyż uważam to za mój obowiązek i coś co należy się moim dzieciom. Chcemy wszyscy dawać dzieciom to co najlepsze. Mleko mamy jest dla nich najlepsze.

Pomocy!

Dużo czytałam w Internecie, szukałam pomocy, informacji, sposobów. Moja wiedza o karmieniu rosła w tempie błyskawicznym, ale sama wiedza nic nie daje. Chodząc od strony do strony trafiłam na forum dla mam kpi. Zaczęłam czytać, zastanawiać się, czy to możliwe, czy dam radę. Stwierdziliśmy z mężem, że to jedyne rozsądne wyjście. Zaczęłam odciągać mleko i całkowicie zrezygnowałam z przystawania do piersi. Laktacja zwiększała się w szybkim tempie i przez rok karmiłam córkę odciąganym mlekiem. Przyrosty ruszyły z kopyta. Diagnoza prosta – było za mało ssania. Ja szczęśliwa, dziecko szczęśliwe = sukces!

Trzecie podejście do KP

Po kolejnych niecałych 3 latach urodziłam trzecie dziecko. Syna. Znowu byłam czujna, ale pozytywnie nastawiona, z myśleniem, że musi się udać. W końcu do 3 razy sztuka! Z początku wydawało mi się, ze syn dosyć ładnie je. Niestety, nie budził się na karmienia i znowu wdrożyłam system budzika co 3 godziny. Karmienia wyglądały, niestety, podobnie do córki, spanie, spanie, spanie. Cała jazda znowu się zaczęła, ponieważ syn nie przybierał prawidłowo. Znowu zaczęła się walka o każdy wypity mililitr, budzenie, rozbieranie, szturchanie, głaskanie, wizyty w poradni itd. Nie mogłam uwierzyć w to, że znowu to się dzieje. Jednak w tym przypadku nie czekałam już tak długo z decyzją o kpi. Bałam się, że znowu doprowadzę się do opłakanego stanu psychicznego, a i tak nie będzie rezultatu. Synek spałby godzinami. Ssanie trwało 2-5 minut i non stop musiałam syna pobudzać do jedzenia. Po 3 tygodniach przeszłam na kpi. Laktator, który używałam przy córce, szybko sprzedałam, bo nie miałam zamiaru już nigdy do tego wracać. Niestety, nie udało się. Karmiłam kpi ponad rok i byłam z tego powodu szczęśliwa.

Morał z tego taki

Karmienie piersią jest najtrudniejszą, poza alergią, rzeczą w moim macierzyństwie. Nie pojmuję tego, jak to możliwe… czy naprawdę ze mną jest coś nie tak, czy może moje dzieci są jakieś nietypowe? Przeczytałam artykuł o tym, że mleko z kobiecych piersi może wypływać łatwiej bądź trudniej. I stwierdziłam, że coś w tym jest. Z moich piersi prawie nigdy nie wypływa mleko samoistnie, nie używam wkładek laktacyjnych, nie budzę się zalana mlekiem, choć w szczytowych momentach potrafiłam ściągnąć 1600 ml mleka na dobę. Żeby mleko u mnie leciało, trzeba porządnego ssania, a moje dzieci nie były zainteresowane ssaniem. Smoczka nigdy w życiu nie widziały.

Ktoś może sobie zadawać pytanie: po co to wszystko? Po to, aby dać moim dzieciom to, co najlepsze. Za każdym razem jest to okres przejściowy, a konsekwencje pozostaną na całe życie.

KPI to trudna droga, ale możliwa i dająca wiele satysfakcji. Jeśli więc jesteś mamą, która się zastanawia, czy da radę, to ja Ci mówię, że dasz. Wszystkie damy. Jakkolwiek karmimy, wszystkie jesteśmy wyjątkowe i kochamy nasze dzieci nad życie. Jakiejkolwiek drogi mlecznej nie wybierzesz, najważniejsza jest miłość.

Agnieszka – Pani Matka, promotorka karmienia piersią, blogerka www.panimatka.pl