Bajka o butelce

Mam na imię Patrycja, jestem młodą mamą Antoniny i karmię piersią inaczej (kpi). Chciałam podzielić się ważną dla mnie opowieścią.

Od początku chciałam karmić piersią. Marzyłam o tym małym, ciepłym ciałku przytulonym do maminej piersi. Marzyłam o litrach mleka, marzyłam o karmieniu do minimum roku. Będąc w ciąży byłam nastawiona na brak pokarmu i problemy z laktacją, ponieważ niewielkich rozmiarów biust wcale się nie powiększył. Wiedziałam jednak, że w razie trudności się nie poddam – będę walczyć o ten płynny skarb, który mogę podarować mojemu maleństwu.

Antosia urodziła się w połowie września 2015 roku. Zaraz po porodzie została przystawiona do piersi – i udało się! Pomimo zmęczenia swojego i jej (spowodowanego ciężkim dla małej porodem) bez problemu zassała pierś. Byłam szczęśliwa, wierzyłam, że to dobry znak na początku nowej, chwilami trudnej drogi. Tym bardziej trudnej, bo wiedziałam że od 1 października wracam na studia, a córce będę podawać odciągnięty pokarm.

Pierwsze dni razem były naprawdę wspaniałe – córka cały czas „wisiała” na piersi, pokarmu było co nie miara. Skrzydeł dodawały mi pochwały położnych i doradcy laktacyjnego, gdyż jako jedyna pierworódka na oddziale nie musiałam dokarmiać maleństwa mlekiem modyfikowanym, ani pobudzać piersi do pracy laktatorem.

Po wyjściu ze szpitala córka jadła co godzinę, co skutkowało przybieraniem 500 gram na tydzień (gdzie Antosia jest raczej z tych drobnych – przy wyjściu marne 2900 g).

I tu kończy się moja bajka – zaczęły się pierwsze wyjścia na uczelnię. Serce mi się kraje, zostawiam mojego okruszka w domu z prababcią, a sama znikam na kilka godzin na uczelnię. W domu zapas mleka i mój fałszywy najlepszy przyjaciel (bo okazał się wrogiem numer jeden) – butelka. Butelka przypominająca pierś mamy. Niestety te zapewnienia producenta dalekie były od rzeczywistości.

Do grudnia karmiłam piersią, gdy byłam w domu, i butelką, gdy szłam na zajęcia  – odbywało się to bez problemów. Jednak wieczorami pojawiał się problem z przystawianiem. Tosia prężyła się i płakała. Wiedziałam, że mleka w piersiach mam pod dostatkiem. Wiedziałam też, że należy przeczekać jej histerie i dostawiać, gdy będzie już wyciszona. Mimo to pod presją mojej babci Tosia dostawała butelkę z moim mlekiem (z obaw przed odwodnieniem – teraz wiem, że bezpodstawnych). Z butelki piła chętniej, bo mleko łatwiej leciało. Stopniowo butelki na dobę było więcej niż cyca i to był gwóźdź do trumny – pierś została odrzucona.

Ciężko przeżyłam odrzucenie piersi przez Tosię. Czułam się niegodną bycia mamą, ponieważ moje własne dziecko nie chce nawiązywać ze mną tej wspaniałej bliskości jaką jest karmienie piersią. Gdy przychodził czas jej karmienia, płakałam grzejąc córce butelkę. Płakałam, gdy córka w moich ramionach z niej jadła. Płakałam całymi dniami – tylko w nocy było lepiej, ponieważ „na śpiocha” córka wciąż ssała pierś.

Z polecenia trafiłam do doradcy laktacyjnego. Nie pozostawiła złudzeń – z powodu wielu przyczyn (skok rozwojowy, zaburzenie odruchu ssania przez butelkę oraz wzmożone napięcie mięśniowe) powrót do piersi był skazany na porażkę. Najważniejszym moim zadaniem stało się teraz odciąganie odpowiedniej ilości mleka na dzień, i przystawianie jak najczęściej w nocy by pobudzić laktację.

W tym samym czasie trafiłam do grupy zrzeszającej mamy kpi na portalu społecznościowym. Tam dowiedziałam się, że nie dam rady utrzymać laktacji na poziomie przy 3 – 4 sesjach z laktatorem na dobę. Broniłam się jednak mówiąc, że nie dam rady częściej, bo uczelnia, bo obowiązki. I tak przez 3 tygodnie moja laktacja spadła do poziomu niskiego na tyle, że byłam zmuszona dokarmiać Tosię mlekiem modyfikowanym. Na moje szczęście miałam jeszcze sporo mrożonek z czasu karmienia piersią (zabezpieczyłam się na takie okoliczności nieświadomie), mimo wszystko stale ich ubywało.

Nastał Nowy Rok i największe postanowienie – walczymy o mleko. Wypożyczyłam podwójny laktator ze szpitala, zakupiłam różne suplementy i herbatki laktacyjne – ale przede wszystkim ściągałam. Ściągałam najrzadziej co dwie godziny, w dzień i w nocy, na uczelni, w domu, w przychodni. Dobowo wychodziło nawet do 14 sesji z laktatorem. Bardzo osłabłam, schudłam, potrafiłam mdleć z dzieckiem na rękach – byłam jednak uparta. Dla mnie mleko stało się priorytetem i za wszelką cenę o nie walczyłam.

Po miesiącu było widać pierwsze efekty. Dokładnie 23 stycznia Tosia dostała ostatnią butelkę mleka modyfikowanego. Rozpoczęła się złota era mojej laktacji. Dużo mroziłam, w lodówce zawsze czekało 6 -7 porcji mleka. Z marnych 600 mililitrów, które ściągałam pod koniec grudnia, w lutym zrobiło się 1200 ml. Wsparcie jakie otrzymałam od mojej rodziny było niezastąpione. Wspaniała babcia Julia zajmowała się Tosią całymi dniami bym mogła odciągać mleko tak często jak potrzebuję. Razem ze mną sprawdzała postępy, które skrzętnie notowałam, a także podziwiała powiększający się zapas mrożonek.

Teraz Tosia ma 9 miesięcy.  W zamrażarce mam 10 litrów mleka, a zapas codziennie się powiększa. Odciąganie stało się moim uzależnieniem i już nie potrafię bez tego żyć. Laktator obowiązkowo zawsze noszę przy sobie – czy to wyjście na uczelnię czy do warzywniaka. Ale żal, że straciłam możliwość karmienia bezpośrednio piersią pozostał, i to duży. Wiele znajomych mam cieszy się wspaniałą mleczną drogą, a ja po cichu im zazdroszczę. Nierzadko ze łzami w oczach podziwiam ich zdjęcia, na których maluch przytula się do maminej piersi. Moja córka już tak nie robi. Mam jednak nadzieję, że kocha mnie mimo tego, że pozbawiłam jej tej jedynej w swoim rodzaju bliskości. Ja każdego dnia walczę dla niej jak lew, i chcę walczyć jeszcze minimum rok – półtora. Bo dziecko zasługuje na to, co najlepsze.

Fundacja "Mlekiem Mamy" wspiera w karmieniu naturalnym. Jeżeli karmienie piersią okazuje się niemożliwe, pokazujemy, że można karmić piersią inaczej (KPI), tj. odciągniętym mlekiem i podawać je w inny sposób. Edukujemy w zakresie tzw. świadomego rodzicielstwa i zdrowego stylu życia już od pierwszych chwil dziecka. Prowadzimy również działalność odpłatną w zakresie wsparcia okołoporodowego.