Moje 2000 g szczęścia i cudu

HISTORIE MAM

Dziwne samopoczucie – zganianie na zmęczenie, natłok obowiązków, zerówkę córki, odrzucenie jedzenia, mega śpioch…

Zatrzymałam się rano przed lustrem: a może jednak? Nie, na pewno nie. Minęło kilka dni. Ponownie rano krzątając się po domu zatrzymałam się przed lustrem: hmmm, może jednak sprawdzę – cycki obolałe, sutki strasznie tkliwe, głowa pękająca – wewnętrzna pustka, strach, obawa co dalej.

Cisza przed burzą – ciąża  

Wyszłam na spacer z psem i wstąpiłam do apteki po test, wróciłam do domu czułam w głowie jak serce mi wali. Wrzuciłam go do szafki – odrzucając natłok myśli zajęłam się obiadem. Córka wróciła z zerówki, obiad, pranie, sprzątanie, gotowanie, maż wrócił, a ja dalej milion spraw na głowie. Wieczorem kiedy już wszyscy spali, a ja nie mogłam znaleźć sobie miejsca, zwlokłam się łóżka. Prześladowała mnie myśl – co dalej? Wszystko stanęło w miejscu. Test, który pokazał „dwie kreseczki” – milion uczuć na raz, co dalej? Sms do ginekolog – wizyta następnego dnia. Usg – głowa do góry, jest zarodek, poczekamy na serduszko, proszę być dobrej myśli. Wróciłam do domu, jak by świat się zatrzymał. Mąż nic nie wie, nie powiem mu nic póki nie będzie wszystko ok. Następnego ranka laboratorium – badania, wizyta za 3 dni. Na wizycie wszystko ok, ale proszę się oszczędzać, dostałam profilaktycznie receptę na luteinę, duphaston, no-spę. Mdłości megaa… Zalecenie nie szaleć. Następne usg jest mała tętniąca kuleczka – łzy same płynęły. Słowa ginekolog ”Pani Moniko musi być dobrze tym razem. Majka musi mieć rodzeństwo”.

Dziewięć miesięcy w strachu

Wizyta za miesiąc, mąż już wie, nie dotyka mnie, widzę strach, odrzucenie i przerażenie w jego oczach, duszy, męskości. Jak my damy radę? Ciąża po stracie? A jak znowu będzie to samo? Niespełna dwa lata temu straciliśmy Oleńkę. Wada serca, jelitka na zewnątrz i mega obrzęk – wodniak karku. Badania prenatalne, biopsja. Wyrok: zespół Ternerra. Jej serce przestało bić w połowie ciąży. Poród, pogrzeb, żałoba… Teraz nie potrafiłam się cieszyć z nowiny, byłam bardzo przerażona. Minęło kilka dni – plamienie. Telefon do ginekologa, na szybko kolejne badania. Usg – serduszko bije, wszystko ok. Wizyta: proszę brać leki i nadal się oszczędzać, nie dźwigać i przestać się zadręczać. Plamienia się zdążają. Wzięłam to do serca. Wyluzowałam. W końcu moja 6 latka nic nie wie, a widzi, że mama jest jakaś inna. Minęły dwa tygodnie, plamień już nie było. Kolejna wizyta, badania, zaraz miało być usg prenatalne. Umówiłam się na wizytę. Przyszedł sądny dzień. Usg – nosek jest, obrzęku nie ma, wszystko na miejscu, serduszko bije, ale widzę po pani doktor, że coś ją zaniepokoiło. Powiedziała, że nie podoba jej się wygląd aorty i poprosi o konsultację kolegę, przyjadę na kolejne usg – on się na tym zna. Świat się zatrzymał, znowu coś…. Minęło kilka dni. Telefon od doktorki: proszę przyjechać na 19, kolega przyjedzie i zrobimy echo serduszka. Wizyta: plamień nie ma, samopoczucie – jak to w ciąży, strach wielki, doktor zrobił echo: podejrzenie złożonej wady serca… Płacz, strach, ból…

Przygotowania do porodu

Wysłano mnie na konsultacje do Profesor Dangel. Echo w Warszawie, 2 wizyty i moje dziecię nie chciało pokazać serducha – podejrzenie złożonej wady serca. Zalecenie: ciążę należy rozwiązać po 38 tygodniu poprzez CC w obecności kardiologa dziecięcego, neonatologów z zabezpieczoną karetką, żeby w razie „W” przewieźć maleństwo do Warszawy. Żyłam w wielkiej szklanej kuli, pogodziłam się z losem, spuściłam powietrze, zaczęłam żyć, mdłości odpuściły, waga stała w miejscu… Usg połówkowe, będzie… hmmm nie widać, J. nie chce pokazać. Córka starsza w święta poznała naszą tajemnicę i nazwała nasz cud w brzuchu „ludziem”. <3 Chodziłam z „ludziem” na spacery, badania, pogodziłam się z wadą serca, niepewną przyszłością. Nie znalazłam w sobie siły, by cieszyć się ciążą…

Kolejne wizyty, badania, usg – wszystko ok, wada nadal jest. Szpital miał być przygotowany.

Nagły i trudny poród

Przeszedł piątek, ostatni kwietniowy przed długim weekendem. USG: „ludź” w brzuchu ma hipotrofię i małowodzie, ja mam zastój w nerce – leki i do domu z zaleceniem jak by się coś działo, to dzwonić. Długo nie musiałam czekać – 1 maja czuję palenie po poprzednim cc, mniejsze ruchy, ból kręgosłupa na dole. Sms do pani doktor – kazała leżeć, dużo pić, zwiększyć leki i przyjechać z samego rana na wizytę. 2 maja: brak szyjki – skierowanie do szpitala, a toż to dopiero 32-33 tydzień. Nie mogę jeszcze urodzić – sterydy na rozwój płuc, leki, ktg i leżeć. Trafiłam na pana doktora, który wiedział lepiej od mojej prowadzącej co robić, mimo że dzwoniła wraz z kardiologiem i podała co ma robić. Nie przekazał nikomu co się dzieje i poszedł sobie po dyżurze do domu. W finale, 3 maj, a ja palenie jak czułam tak czuję. Święto narodowe, brak kardiologa, karetka wysłana z maluszkiem 500 km od nas i dla nas już nie ma. Dwóch lekarzy przerażonych stoją obok mnie i nie wiedzą co robić. Wściekli na kolegę, że nie dał im znać. A ja z rozwarciem i skurczami. Dali leki na wyciszenie, co 30 minut tabletkę. Łykałam do samego rana, ale niestety rano było już pełne rozwarcie. Przywieźli lekarza kardiologa i przez cc przyszła na świat Karinka, moje 2000 g szczęścia i 46 cm cudu. Zabrali ją. Widziałam ją tylko sekundę… mały czupurek. Dokończyli cesarkę, ale okazało się, że macica pękła. Blizna po cesarce sprzed 6 lat rozeszła się. Jeszcze 2 godziny i ratowali by mnie, a nie dziecko. Koszmar był dopiero przede mną.

Przerażenie rodziców

Wróciłam, przewieziona na salę, ale bez małej. Nic nie wiedziałam, mąż czekał przerażony tak samo jak ja. Zero informacji, nikt nic nie wiedział, wysłali po 3 godzinach męża na górę na Oddział Intensywnej Terapii Wcześniaków. Maleńka kruszynka pod całą aparaturą leżała w inkubatorze z uwagi na sinienie. Kardiolog zadecydował nie przewozić jej do Warszawy, ponieważ jej stan był stabilny. Zrobili w nocy echo, wyszła wada serca nie tak groźna, dziurka w serduszku 5 mm, plus defekty układu krążenia. Ocenili małą na 5-6-7-8 APGAR. Wada serca, niedojrzałość układu pokarmowego, refluks, wiotkość krtani i niedojrzałe oczka.

Łapanie siary

Sinienie występowało, ale była wydolna krążeniowo. Ja mogłam ją zobaczyć dopiero po dobie. Pielęgniarki dopóki mnie nie spionizowały przychodziły i łapały siarę w kieliszki, a potem sama odciągałam po kropelce. Fizyczność, ból to pikuś. Moja psychika została przeryta kombajnem. Wszystkie matki miały swoje dzieciaczki przy sobie, a ja mojej nawet nie mogłam zobaczyć. Mąż z łzami wrócił: ”ona taka malutka, bezbronna, a tego sprzętu tyle…” Widział ją tylko przez chwilkę przez szybę. Moje serce krwawiło. Następnego ranka zwlokłam się z łóżka – odciągałam mleko całą noc, zawrotne 2-3 ml – i zaprowadzili mnie do mojej kruszynki. Była tycia… bezbronna, serce mnie bolało. W głowie miliony uczuć, łącznie z obwinianiem samej siebie.

Mleko mamy dla małej wojowniczki

Pozwolili mi ją dotknąć, była mega wojowniczką – oddychała i radziła sobie sama. Pani doktor neonatolog przekazała informację od kardiolog, jako że małej stan stabilny, to mogła pozostać tutaj i nie jechać sama do Warszawy. Odciągałam mleko na szpitalnym sprzęcie co 2,5 godziny, chodząc do małej w przerwach miedzy karmieniami. Radziła sobie coraz lepiej, bardzo ulewała, zleciała z wagi do 1500 g, jadła przez cały czas moje mleczko. Chcieli dokarmiać ją mlekiem modyfikowanym, ale nie zgodziłam się. Dokarmiali ją sztucznie jedynie przez pierwszą dobę. Mam wielki, żal bo dawali jej mleczko nie z kubeczka, strzykawki, a ze zwykłej butelki… Próby dostawiania małej do piersi nic nie dały, nie miałam wsparcia w personelu… słyszałam komentarze, że mam za duże piersi, a za małe brodawki, a ona sama jest za mała.

Kiedy przewieźli ją już do mnie na salę z oiom-u, próbowałam podawać jej pierś przez nakładki – najpierw Aventu rozm. L: chwytała, ale bardzo się męczyła. Potem spróbowałam Canpola rozm. M – było tak samo. Kazali podawać mleko z butelki, gdyż był to dla niej za duży wysiłek. Odciągałam ręcznym laktatorem Toommy Tippee. Mleka było morze, a ja nadwyżki wylewałam do zlewu, bo tak mi kazano. Nie miałam wtedy świadomości, że mogę je mrozić. Nie ominęły mnie zastoje i 3 krotne zapalenie piersi.

Macierzyństwo mamy ziemskiej i anielskiej

Dzień, kiedy mogłyśmy wyjść do domu był najszczęśliwszym dniem. Ja ubierałam małą w za duże ciuszki, bo te które mąż kupił w najmniejszym rozmiarze w sklepie dziecięcym (r. 50) były mega za duże, czapka klauna, bo tak w niej wyglądała i kocyk który przy niej był morzem materiału. Mąż zabrał nas do domu, była piękna pogoda, świeciło słoneczko, mieszkanie wysprzątane przez małżonka, brak dywanu – wywieziony do pralni, obiad gotowy, tylko wstawić. Mała miała tylko wózek, bo kupiłam go chwilę przed wylądowaniem w szpitalu. Mała kruszynka w nowym domku, nakarmiona, przewinięta, spała w wózku jak księżniczka.

Mleczny rytuał

Ponadto okazało się że wędzidełko podjęzykowe jest za krótkie, miała języczek w kształcie serca. Kazano po wyjściu ze szpitala zoperować to. Miała zabieg, jak skończyła 6 tygodni. Niestety w dalszym ciągu nie była wstanie uchwycić piersi, więc stałam się mamą odciągającą mleczko, mimo że nie wiedziałam o takim sposobie karmienia jakim jest KPI. Trafiłam na grupę na FB, która była wielkim wsparciem. Odciągałam potem laktatorem elektrycznym mini electric. Niestety odciąganie na jedną pierś, to mozolne zajęcie, ale czego się nie robi dla własnych dzieci. Potem otrzymałam Spectrę 9Plus i to był bardzo komfortowy sprzęt. Mała ładnie jadła, ja odciągałam po 1000-1300 ml, z czego mała zjadała porcje po 100 ml, więc nadwyżki mroziłam.

Mijały tygodnie, a ja doiłam się, jak to nazwała moja starsza córka, co 3 godziny, w nocy też, by mojej kruszynce wystarczyło mleczka. Zapasy mroziłam. Pewien rytuał się w to wkradł – karteczka, woreczek mleczko i mega duma z każdej porcji zamrożonego mleczka.

Pediatra kontra mleko mamy

Pediatra mnie nie wspierała, komentowała, że: „mleko chude; odciągając stracę mleko; zaniknie mi pokarm, bo laktator, to nie dziecko; po co się męczyć – tyle mlek modyfikowanych na rynku; kazała dopajać wodą albo herbatkami. Miałam w nosie jej zalecenia. Wałczyłam o każdą kropelkę. Mała ładnie przybierała, a pani doktor z wizyty na wizytę, próbując tędy i owędy wcisnąć mleko sztuczne, była na spalonej pozycji. Pewnego dnia, jak przyszła na wizytę patronażowa i stwierdziła, że zapewne mleka mi brakuje, to zaprosiłam ją, aby poszła ze mną do kuchni, gdzie stoi zamrażalka i pokazałam jej moje zapasy. Miałam wrażenie, że spoliczkowałam jej godność i wiedzę zdobytą na studiach – przynajmniej taką miała minę. Widok bezcenny… Więcej już nie odważyła się komentować mojego KPI.

Życie wokół KPI

Rodzina wiedziała tylko, że odciągam, nie zagłębiała się w szczegóły, a mąż i starsza córka wspierali mnie kiedy odciągałam. Sama droga z KPI była testem samozaparcia, odwagi, charakteru, sumienności i samodyscypliny. KPI zdominowało moje życie, które się kręciło i było ułożone pod KPI. Odciąganie, mycie, sterylizowanie, wyparzanie sprzętu i butelek… spacer poprzedzało odciąganie, a prysznic musiał czekać, aż się udoiłam. Jedzenie także. Postawiłam sobie cel, aby wykarmić małą do skończonego 6 miesiąca tylko moim mleczkiem, stąd ta walka. Walka o zdrowie mojego okruszka.

Wygrana Walka o Karmienie Piersią

Próby przystawiania małej do piersi kończyły się awanturą, krzykiem, piskiem i wyginaniem całego całka. Uparta jestem, więc się nie poddawałam. Kiedy tylko kardiolog dała zielone światło do karmienia piersią – zaczęłam walkę. Mała się bardzo broniła, nie chciała nawet dotknąć piersi. Zauważyłam, że jak je z butelki, to górna warga jej się podwija, więc umówiłam pilną wizytę u laryngologa. Okazało się, że górne wędzidełko także jest do zrobienia. Zapisałam mała na zabieg, wszystko sprawnie poszło. Przez kilka dni pół bloku słyszało, że jest używany lokator, ale jak się wygoiło i mała już zapomniała, zaczęłam walkę o KP. Kupiłam kapturki Medeli w rozm. M i na śpiocha zamiast butli proponowałam pierś. Mała załapała o co chodzi ale przysypiała. Nie poddawałam się i coraz częściej proponowałam pierś, spodobała jej się bliskość. Wygrałyśmy Walkę o Karmienie Piersią. Na razie z kapturkami, gdyż jest to dla małej wygodniejsze, ale ja uparcie proponuję jej pierś samą bez kapturków, a że obie jesteśmy charakterne i waleczne, to testujemy, która mocniejsza. 🙂 Serce podpowiada mi, że dobrze robię. Od kilku dni podaję samą pierś bez kapturka, a jak zaczyna się wkurzać, to zakładam kapturek i tak miliony razy… Korzystam też z pomocy Certyfikowanego Doradcy Laktacyjnego.

Pod okiem doradcy

Mała należy do tych dzieciaczków, które jeśli im nic nie dolega, przewinięte i nakarmione, to śpi, leży spokojnie. Natomiast jak jest coś nie tak, to wyraźnie akcentuje swoje zdanie. Obecnie Karina skończyła 4 miesiące 2 korygowane, jest urodzoną optymistką, uśmiech nie schodzi jej z buziaka. Ma 62 cm długości i 5780 g. Co prawda odkąd jest na piersi, a nie dostaje już nic butelką, przestała przybierać tak jak wcześniej. Certyfikowany Doradca Laktacyjny daje jej czas, może waga zacznie nabierać. Z butelki mleczko jadła z dodatkiem zagęstnika, stąd też może były lepsze przyrosty. Odkąd je z piersi nie ulewa. Pierś opróżnia, wyraźnie akcentuje głód, awanturuje się jak matki nie ma w zasięgu wzroku dłużej niż ona tego chce.

O wygodzie i pokorze

Jestem szczęśliwą mama, żoną. Sobie jeszcze nie potrafię przebaczyć, choć wiem, że to nie moja wina. Dla wszystkich, którzy uważają że KPI, to wygoda – zapraszam – oddam laktator i każę wsadzić sobie go tak głęboko, by słowa wyszły bokiem. KPI to bardzo ciężka praca, nie dla mięczaków. KP to wygoda, bliskość i cycek jest wszędzie i prosto się go obsługuje. Nie trzeba wygotowywać, wyparzać, myć, suszyć.

Szanuję wszystkie mamy, które są KPI i jest to ich świadomy wybór. Podziwiam ich walkę o każdy mililitr mleczka odciągniętego dla swojego i innych maleństw. Żałuję tylko, że cycki nie mają miarki, by mieć świadomość, poczucie bezpieczeństwa i kontrolę ile dziecko zjada. Dzięki KPI odkryłam siłę walki o zdrowie dziecka. Odkąd nie odciągam mam o wiele więcej czasu, jestem spokojniejsza, mała też. KPI nauczyło mnie przede wszystkim pokory.

Monika