Odciąganie mleka – moja opowieść bez lukru
Odciąganie mleka to jeden z tych tematów, o których mówi się ładnie i lekko – dopóki sama tego nie przeżyjesz. Prawda jest dużo mniej „instagramowa”. To potrafi być zwyczajnie trudne – fizycznie, psychicznie i logistycznie.
Odciąganie mleka – stały punkt dnia
U mnie zaczęło się bardzo wcześnie, już w drugiej dobie po porodzie. Byłam jeszcze w trybie: „robię wszystko co trzeba”. Ufałam zaleceniom, nie zadawałam wiele pytań. Położne zaproponowały odciąganie, żeby pobudzić laktację. Brzmiało sensownie, więc po prostu zaczęłam. Przy drugim dziecku weszłam w to już na poważnie. Przez pierwsze trzy miesiące to nie był dodatek do dnia – to był jego stały punkt. Obowiązek. Plan był prosty: rozkręcić laktację i zrobić zapasy. Na później i wyjścia. Dla oddechu. Na trochę przestrzeni dla siebie.
Rzeczywistość: irytujący dźwięk, liczby i krople mleka
Mycie części. Składanie. Siadanie. Podłączanie się. I ten dźwięk… monotonny, mechaniczny. Z czasem zaczynał mnie irytować, zanim jeszcze wcisnęłam przycisk „start”. Patrzyłam w butelkę. Na krople. Na liczby. Czasem było ich więcej i pojawiała się nadzieja. Czasem prawie nic – i wtedy przychodziła frustracja: “Tyle wysiłku dla kilku mililitrów?”.
Najwięcej, co udało mi się odciągnąć, to około 100 ml z obu piersi. I to był naprawdę dobry dzień. Często było dużo mniej. Robiłam to kilka razy dziennie. I wcale nie było tak, że z czasem robiło się łatwiej. Że organizm „załapał” i wszystko zaczęło działać jak w poradnikach. Było odwrotnie. Z każdym tygodniem byłam bardziej zmęczona i coraz mniej przekonana, że to ma sens.
Powiem wprost: nienawidziłam tego!
Nienawidziłam tej całej rutyny. Planowania dnia pod laktator. Tego, że zamiast odpocząć albo po prostu pobyć z dzieckiem, siedziałam przypięta do maszyny. Tego poczucia, że moje ciało i mój czas nie należą do mnie. To nie było dla mnie ani wygodne, ani „wyzwalające”. To było obciążające.
A jednak trwałam. Bo „to dla dziecka”. Bo „warto”. „Jeszcze trochę i będzie lepiej”. No i były zapasy. Zamrażarka powoli się zapełniała. Każda porcja dawała poczucie, że ten wysiłek jednak ma sens.
Wielki finał, którego nie było
A potem przyszło zderzenie z rzeczywistością.
Mój syn nie chciał pić mojego mleka z butelki. Nie „trochę nie chciał”. On protestował całym sobą.
Próbowaliśmy wszystkiego – różnych momentów dnia, różnych osób, różnych sposobów. Zmienialiśmy smoczki, próbowaliśmy łyżeczki, kubka. Nic nie działało. A najbardziej absurdalne było to, że mleko modyfikowane pił bez problemu.
I wtedy pojawiło się to niewygodne pytanie: po co ja to wszystko robiłam? Te godziny. Ten wysiłek. Ta frustracja. I tu nie ma jednej, ładnej puenty. Bo czasem historia nie kończy się: „było ciężko, ale było warto”. Czasem kończy się: „było ciężko i tyle”. I to też jest ważne.
Macierzyństwo to też troska o siebie
Macierzyństwo nie zawsze wygląda dobrze. Bywa męczące, niewygodne, pełne wątpliwości. I to w żaden sposób nie odbiera Ci prawa do bycia dobrą mamą. Twoje doświadczenie ma znaczenie. Twoje emocje też – nawet jeśli nie pasują do tego, co „powinnaś” czuć. Masz prawo być zmęczona. Możesz mieć dość. Masz prawo czegoś nie lubić. A to, ile dajesz z siebie – nawet jeśli efekt nie jest taki, jak zakładałaś – nadal ma wartość.
Czasem największą troską o dziecko jest też nauczenie się troski o siebie.
I jeśli coś było dla Ciebie za trudne, to nie znaczy, że zawiodłaś. To znaczy, że jesteś człowiekiem.
Marta – wolontariuszka Fundacji Mlekiem Mamy
To jest opowieść z cyklu #HistorieBezFiltra.
Piszemy o macierzyństwie takim, jakie jest – bez lukru, bez presji i bez udawania. Jeśli masz ochotę, podziel się swoją historią. Napisz do nas.
Szukasz wiedzy i pomocy w laktacji? Zajrzyj na stronę Centrum Nauki o Laktacji.