karmienie piersią inaczej

Moje karmienie – jakbym goniła pociąg

HISTORIE MAM

Przeszłam na wyłączne karmienie piersią, gdy synek miał 2.5 miesiąca. Udało się wbrew opinii dwóch doradczyń laktacyjnych, które po ośmiu tygodniach karmienia mieszanego stwierdziły, że lepiej już nie będzie. Na szczęście trafiłam na kolejną doradczynię, która poświęciła mi dużo czasu i serca, i z wyczuciem sapera sterowała w gąszczu niepokojów, jakich doświadcza matka mająca trudności w wykarmieniu swojego dziecka. Tę panią nazwałam aniołem stróżem mojej laktacji.

Kobieca super – moc

W ciąży wiedziałam, że chcę karmić piersią, bo to najlepsze dla dziecka. Dodatkowym i bardzo ważnym argumentem był wyjazd na stałe do Azji planowany w ciągu pierwszego roku życia dziecka. Karmienie piersią miało zapewnić synkowi dodatkową ochronę przy zmianie stref klimatycznych. Wychodziłam z założenia, że kp jest naturalne i przyjdzie samo, więc zbytnio się tym nie przejmowałam.

Na szkole rodzenia otrzymałam informacje, że ważne jest, aby dziecko brało brodawkę do ust głęboko, o pozycjach karmienia oraz o tym, że trzeba właściwie sobie zorganizować miejsce do karmienia. Musi być wygodnie i trzeba zapewnić sobie rozrywki, tzn. książkę do czytania, film do obejrzenia. W zestawieniu z informacją od prowadzącej, że ona odciągała pokarm jadąc z jednej pracy do drugiej uznawałam, że karmienie piersią to moja kobieca super-moc, a jedyne na czym trzeba się skupić, to jej optymalne zastosowanie.

Po porodzie odkryłam, że nie tylko moja chęć się liczy. A do tej pory myślałam, że matki karmiące mieszanką robią tak w wyniku własnego wyboru.

Badanie w skurczu

To była moja pierwsza ciąża i znosiłam ją bardzo dobrze, aż do dziewiątego miesiąca. Byłam aktywna zawodowo, uprawiałam sporty. Do szpitala trafiłam trzy tygodnie przed terminem z powodu wysokiego ciśnienia. Bardzo się przed tym broniłam, bo w domu kilka rzeczy jeszcze wymagało skończenia, a mąż pracował za granicą i miał przylecieć dopiero za dwa tygodnie. W szpitalu przez cały czas miałam niezadowalające zapisy KTG. W końcu zdecydowano, żeby wysłać mnie na porodówkę.

Przeprowadzona próba oksytocynowa nie dała efektu. Potem wprowadzono cewnik, który jednak nie powiększył rozwarcia. Przebito pęcherz płodowy i dostałam trzy dawki oksytocyny. Chociaż nie wiem, czy nie należałoby policzyć ich jako dwóch, bo druga poszła obok żyły. Przy trzeciej dawce oksytocyny miałam skurcze. Generalnie pomiędzy drugą, a trzecią dawką nikt mnie nie badał. I nie wiem w ogóle, kiedy zostałabym zbadana, gdyby wykupiona przeze mnie położna nie poprosiła o to dyżurującej położnej.

Zgodnie z radami z książki Ireny Chołuj poprosiłam o niebadanie w trakcie skurczu, a położna z mojej sali odpowiedziała: ‘ha ha, ja badam tylko w skurczu!’ Po czym zrobiła straszliwą rzecz, bo w bólu skurczowym usłyszałam: ‘O Jezu! To chyba rączka!’ I wybiegła z sali porodowej zostawiając mnie przerażoną, że właśnie urwała mojemu dziecko rączkę. To była taka kobieta, która bardziej pasowałaby do targu niż do porodówki. Jej opieka sprowadzała się do poinstruowania, żeby ręczników zbyt wiele nie zużywać. Nawet o podaniu leków musiałam jej sama przypominać. Podejrzenie, że coś sknociła nie było więc bezpodstawne. Za chwilę przyszło kilku lekarzy i powiedzieli, że to nie rączka, ale buzia i dziecko ma ułożenie twarzyczkowe, w związku z czym potrzebna jest natychmiastowa cesarka.

Pierwszy kontakt i karmienie

Synek urodził się o 21-ej i miał 8 punktów w skali Apgar. Na dziale pooperacyjnym położono go na mojej piersi, ale się nie przystawiał. Godzinę po operacji podeszła do nas jedna z pielęgniarek i zaproponowała mężowi ubranie synka. Otumaniona nie zdawałam sobie sprawy, że właśnie przerywany jest kontakt skóra do skóry. Męża przepędzono, a ja bezskutecznie prosiłam do rana o ponowne położenie dziecka na mej piersi. Rano przyszła nowa zmiana i trochę z zaskoczenia zostałam zawieziona na dział poporodowy.

Przez pierwszy dzień synek spał. W nocy, czyli po dobie od urodzenia zaczął pełznąć do piersi i ssał pierś. Trwało to długo i pamiętam jego niebieskie, szeroko otwarte oczy, gdy tak uparcie parł do przodu i próbował ssać. Niestety te magiczne momenty zakończyły się płaczem i zaleceniem dokarmiania.

Szpitalne „wsparcie”

W kolejnych nocach historia się powtarzała. Pierwsze dokarmienie zostało wykonane przez położną strzykawką. Gdy za drugim razem wręczono mi strzykawkę z obcesowym “Teraz mama!” odmówiłam przerażona, że wlewając mu mleko do ust doprowadzę do zachłyśnięcia. Potem poprosiłam o wizytę doradcy laktacyjnego. Doradczyni powiedziała, że przystawianie jest poprawne, ale synek nie ma odruchu ssania. Powiedziała także, że zamiast strzykawki lepiej używać butelki, ale smoczek to zło. Inne położne mówiły dokładnie odwrotnie, to znaczy smoczek tak, a butelka nie.

Każda położna pokazywała inny sposób przystawiania i niby to dobrze, że można było testować różne podejścia, ale wydaje się, że tamtym momencie lepiej było coś utwierdzić, niż bez przerwy zmieniać. Nawet, gdy ja chciałam coś przećwiczyć, to przychodziła nowa położna i komenderowała, że teraz robimy tak i robiła wszystko inaczej. Następnie nasadzała synka na moją brodawkę i czym prędzej wychodziła. A synek albo tak sobie tkwił, albo zsuwał się.

Bezmiar bezradności, frustracji oraz błędów

Generalnie pobyt w szpitalu na oddziale poporodowym wspominam jako bezmiar bezradności i frustracji oraz błędów moich i położnych. Gdy zaczęłam używać laktatora, żeby stymulować prawą pierś, bo synek ssał tylko na leżąco i ze względu na ułożenie łóżka – tylko lewą pierś, to z piersi zaczęły wypływać krople siary. Położne nie pozwoliły mi jej jednak dodać do butelki z mlekiem modyfikowanym.

Czułam się bezradna i niekompetentna i działania położnych na kilka sposobów te odczucia nasilały. Na przykład, gdy dawałam synkowi butelkę, a on nie chciał jeść i prosiłam o pomoc, to pokazywały to jako rzecz najprostszą na świecie. A synek jadł od położnych, jadł od taty, a ode mnie nie chciał, co doprowadzało mnie do rozpaczy. Czy tak trudno było w tamtym momencie wyjaśnić, że dziecko może nie chcieć przyjmować butelki od mamy, bo czuje pierś? Ja wtedy tego nie wiedziałam i czułam się bardzo złą mamą.

Podobnie ich reakcje, gdy prosiłam o pomoc w przystawieniu – zwykle robiły to z łachą, a mi było ciężko po cesarce i nie wiedziałam, czy robię to właściwie. Chyba dodatkowo nie miałam szczęścia do położnych na moim bloku. Gdy trzeciej nocy synek po nocnym rajdzie na pierś znowu zaczął płakać poprosiłam o pomoc studentkę, która przyprowadziła położną z innego bloku. Ta najpierw cierpliwie pomogła mi synka przystawić, ale potem wykonała test wagowy miażdżąco wykazując jałowość moich prób. Ale i tak byłam jej wdzięczna za serdeczność, poświęconą uwagę i czas, i to w środku nocy.

Panika i rozpacz

W szpitalu karmienie szło kiepsko i myślałam, że w domu będzie lepiej. Nie będę musiała sadowić się sama z dzieckiem, tylko synka poda mi mąż. Nie będę czuła skrępowania obnażając pierś w towarzystwie rodziców i partnera współlokatorki. Będę mogła przyjmować pozycję do karmienia z obu piersi i będę miała moc różnych poduszek do wyboru. Tymczasem zaraz po przyjeździe do domu synek przy próbie przystawienia wrzeszczał straszliwie i zamiast błogiego stanu spokoju i ulgi pojawiła się panika i rozpacz.

Spotkanie z doradcą laktacyjnym

Umówiliśmy się z doradcą laktacyjnym. Przyszła do nas w piątek i zaleciła karmienie z sondą, tj. rurką podłączoną do strzykawki. Należało wsunąć ją synkowi do ust, gdy już prawidłowo się przystawił. Idea była taka, że zbyt wolny wypływ zniechęcał synka i dodatkowy dopływ mleka powinien motywować go do ssania a jednocześnie pozwolić mu się najeść. Problem w tym, że oprócz trzymania dziecka i piersi, trzeba było jeszcze trzymać rurkę i strzykawkę, więc do skomplikowanej operacji karmienia zabieraliśmy z mężem oboje. Drugi problem był taki, że doradca przyszła do nas w piątek, a przez cały kolejny tydzień była niedostępna, bo wyjeżdżała na wakacje. Miała podać kontakt do swojej koleżanki na wypadek wątpliwości, ale ostatecznie go nie przysłała. Połączenie karmienia sondą z koniecznością odciągania pokarmu bardzo szybko stało się nieznośne.

Byłam wykończona, bo na fali stresu od porodu prawie nie spałam. Jednocześnie oceniłam, że mleka jest dostatecznie dużo, więc w niedzielę, czyli dwa dni po wizycie doradcy i na początku drugiego tygodnia życia synka podjęłam decyzję o przejściu na wyłączne karmienie piersią. Nie wiedziałam jak do tego przystąpić, wiec najpierw w nawiązaniu do techniki stymulowania laktatorem karmiłam synka po 10 minut z każdej piersi w pozycji krzyżowej, a następnie po 10 minut z każdej piersi w pozycji spod pachy.

Nie wiedziałam, czy to dobry pomysł i nie miałam się kogo poradzić, więc sięgnęłam do doświadczeń koleżanek. Po rozmowach z nimi zmodyfikowałam plan w taki sposób, że synek spędzał przy jednej piersi 45 minut, a następnie przystawiałam go do drugiej piersi, żeby dojadł. Synek przy piersi był szczęśliwy i zasypiał, po czym przy odbijaniu się budził i zaczynał płakać. Następnie przez około 2,5 godziny usiłowaliśmy go uspokoić, po czym synek zasypiał, a my stawaliśmy przed decyzją, czy budzić na kolejne karmienie, czy pozwolić spać.

Zapłakane początki

Moja percepcja była zaburzona i wydaje mi się, że pierwsze tygodnie były pełne nieustającego płaczu synka, który ryczał tak, że się zanosił. Mąż mówił jednak, że w tym drugim tygodniu, kiedy przeszliśmy na pierś synek płakał bardziej. W związku z tym płaczem, w jedenastym dniu poszliśmy do lekarza. Przyrosty były na poziomie 18 g na dobę. Ale nie było wiadomo, jak na to złożyło się 7 dni dokarmiania i 4 dni wyłącznego karmienia piersią.

Z perspektywy czasu przypuszczam, że synek nie dojadał, bo zasypiał przy piersi, a następnie miał zbyt długą przerwę pomiędzy karmieniami. Jednocześnie jednak moczył i brudził pieluszki, więc ten wyznacznik najadania się wydawał nam się uspokajający. Na koniec drugiego tygodnia, w niedzielę, przyjechała moja mama, którą dalej będę nazywała babcią, żeby pomóc mi w zastępstwie męża wracającego do pracy za granicą. Trafiła akurat na ryczącego synka i z całkowitą pewnością stwierdziła, że jest głodny. Prawdopodobnie miała rację i prawdopodobnie właśnie to, że miała rację w tym momencie, bardzo utrudniło rozmowy z nią przez kolejne dwa tygodnie, kiedy ze mną została.

Bezradny doradca

W poniedziałek, w odpowiedzi na moje dramatyczne wezwania, znowu przyszła do nas doradczyni laktacyjna. To była taka trochę wizyta wstydu, bo z jednej strony usiłowała mnie zmotywować jakimiś tanimi tekstami typu: „Ale piersi są pełniejsze, prawda?” Z drugiej strony zrejterowała wobec mojej mamy i w końcu wdała się w rozmowy, jak to w ich dzieciństwie było. Pogaduchy z moją mamą były szczególnie irytujące w zestawieniu z jej pośpiechem w czasie rozmowy ze mną ze względu na to, że wszystkie jej podopieczne się do niej dobijały. Ostatecznie doradziła, żeby najpierw dawać synkowi butelkę, a potem przystawiać do piersi i w dalszym ciągu ściągać mleko laktatorem.

Potem jeszcze próbowałam się z nią kontaktować telefonicznie, ale poza wysłuchiwaniem o tym, jak wyglądały karmienia i dopytywaniem o ilości mleka ściągniętego laktatorem, te rozmowy niewiele dały.

Bezlitosna babcia

Od położnej środowiskowej dowiedziałam się, że na Żelaznej (Warszawa) są dobrzy doradcy. Pokonałam swój strach przed samodzielnym wyjściem z malutkim, nieustannie płaczącym, kruchym synkiem i pod koniec jego trzeciego tygodnia pojechałam do poradni. Przystawienie zostało ocenione jako poprawne, dostałam zalecenie, żeby mleko modyfikowane dawać synkowi po karmieniu piersią, osiem razy dziennie, po 50 ml. Szczęśliwa, że robimy jakiś krok naprzód (zalecenie karmienia piersią przed a nie po butelce w połączeniu z wyjaśnieniem, że synek będzie bardziej zmotywowany, żeby stymulować pierś) wróciłam do domu.

I przyszło mi się zmierzyć z pogardliwie – wrogą reakcją babci, która prychnęła, że jak dziecko ma jeść 50 ml, skoro wcześniej zjadało 80 ml, znaczy będę głodzić dziecko tylko dlatego, że zafiksowałam się na punkcie karmienia piersią i ślepo słucham rad mafii laktacyjnej. Wytrzymałam tylko do wieczora i wieczorem pod presją babci dałam synkowi tyle, ile chciał wypić.

Ta presja była koszmarna, babcia ma dużą siłę perswazji, znała moje słabe punkty, znała odpowiedź na wszystkie pytania i potrafiła stworzyć narrację odwołującą się potrzeb dziecka dla wsparcia swoich argumentów. Do tej pory boli mnie presja, którą na mnie wtedy wywierała dając mi do zrozumienia, że krzywdzę dziecko i że nie dorosłam do roli matki, że robię to dla własnej wygody albo dla zaspokojenia własnych ambicji. Rozmowy do niczego nie prowadziły.

Przygniatająca niemożność

Wsparcie miałam w mężu, bo całkowicie popierał kp, ale też mógł niewiele, bo był daleko. W swoim oporze i nadziei, gdy tylko dawałam radę ściągałam pokarm laktatorem i co tydzień chodziłam do poradni laktacyjnej. Jednocześnie przeklinałam to, że nie jestem w stanie się poddać, bo było to potwornym obciążeniem.

Każde karmienie to były dwie butelki do umycia, bo w jednej podawałam pokarm wcześniej ściągnięty, a w drugiej mleko modyfikowane. Dodatkowo mycie laktatora. Szczerze tego nienawidziłam, szczególnie w nocy, kiedy czasem po nakarmieniu synka, ułożeniu go do snu, użyciu laktatora i umyciu sprzętów zostawało mi do kolejnego karmienia mniej niż godzina. Zupełnie nie wiem, jak dawałam radę.

I przez cały ten czas miałam wrażenie, że jeszcze niedawno byłam o krok od osiągnięcia celu, że brakowało naprawdę niewiele. Czułam się, jakbym goniła pociąg ruszający ze stacji. Najpierw drgnął wyrywając mi drążek z ręki, gdy jeszcze stałam na peronie. Potem pociąg zaczął przyśpieszać, ja także, lecz ciągle drążek wysuwał mi się z rąk. I tak pędząc koło przyspieszającego pociągu przeklinałam każdą poprzednią nieudaną próbę wiedząc, że będzie coraz trudniej. Patrzyłam wstecz na mijające dni i tygodnie, zastanawiałam się czego zabrakło, co mogłam zrobić inaczej i żałowałam utraconych szans.

Marta