Narodziny matki
W połowie kwietnia 2014 roku przyszedł na świat mój syn. Zanim jednak pojawił się po drugiej stronie brzucha miałam czas, by przygotować się na to wydarzenie. Był bardzo upragnionym dzieckiem, ciąża przebiegała książkowo.
O karmieniu piersią i błędach…
Ostatnie trzy miesiące upłynęły na spokojnym oczekiwaniu i przygotowywaniu się do porodu. I tu nastąpił mój pierwszy błąd – nie wychodziłam myślami dalej, a jeśli tak, to w kontekście ubranek, wózka, wystroju pokoju.
Temat karmienia piersią prawie się nie pojawił. Gdy mama mojego męża zapytała, jak długo zamierzam karmić, odpowiedziałam, że pół roku. Byłam przekonana, że tyle właśnie się karmi. Jeśli nie krócej z powodów różnych. I tyle. Cisza. Żyłam porodem jak większość nieświadomych mam. Na szkole rodzenia niewiele zostało powiedziane na temat karmienia piersią. Nie było nic co zasygnalizowałoby mi, że trzeba się również do tego przygotować, poczytać, choćby po to, by nie popełnić błędów… które po porodzie popełniłam.
Aż mi wstyd jak sobie przypomnę rozmowę z moją siostrą tuż po porodzie. Mówiła mi, bym przystawiała dziecko do piersi, a ja odpowiadałam, że po co skoro nie mam mleka (!!!) Byłam totalnie zielona, żeby nie powiedzieć fioletowa. Myślałam, że mleko samo napłynie. Zero wiedzy, brak rozmów, brak jakiegoś impulsu przed porodem, by szukać informacji. Tak też urodziłam syna przez cesarskie cięcie. Wraz z nim narodziłam się również ja, jako pełno myśląca matka. Późno. Dobrze, że w ogóle. Leżąc sama w sali prywatnego szpitala (bo takie było założenie) nie miałam okazji, by podpatrzeć inne mamy. Nie wiedziałam o co pytać, więc nikt specjalnie sam się nie wychylał.
Poszukując wiedzy
Dobrze, że trafiłam na erę wifi i tak leżąc, dochodząc do siebie, karmiąc dziecko sztucznym mlekiem z małych szpitalnych gotowych buteleczek, zaczęłam przeszukiwać czeluści internetu i powoli otwierały mi się oczy. To było właśnie moje narodzenie jako matki. Zaczęła się walka. W trzeciej dobie przyszła doradczyni laktacyjna, ale nie wiało od niej optymizmem. Każdy, kto zobaczył moje płaskie brodawki, kiwał z politowaniem głową twierdząc, że to nie będzie łatwe zadanie, jeśli w ogóle uda mi się czegoś dokonać. Powiedzmy sobie szczerze, to nie było wspierające. Na każdą noc oddawałam syna na salę noworodków, bo wydawało mi się, że te wykwalifikowane pielęgniarki zajmą się lepiej moim dzieckiem niż ja! Mój kolejny błąd.
Na szczęście przyszło oprzytomnienie. Gdy po ostatniej nocy przywieźli mi zapłakanego syna, który chlusnął rzeką sztucznego mleka mikro ustami i nosem, wpadłam w przerażenie. Obiecałam sobie, że już nigdy w najbliższych miesiącach z nikim go nie zostawię, bo to ja się nim najlepiej zajmę, nikt inny. Zapłakana tuliłam maluszka i z namaszczeniem podałam pierwszą siarę, którą wcześniej ściągnęłam profesjonalnym szpitalnym laktatorem. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że przyjdzie taki czas, że stanie się on moim największym przyjacielem przez prawie 4 miesiące.
Kolejny błąd
Wróciliśmy do domu i zaczęło się nasze wiszenie na piersi przez kolejne 3 miesiące. Żeby mieć spokojną głowę, że dziecko coś zjada podawałam butelkę na noc i czasem w nocy. I to był kolejny błąd. Podejrzewałam, że synek źle chwytał pierś, starałam się poprawiać jego przystawienie, obkładałam się poduszkami, cieszyłam się, że przybiera choć należał do wyjątkowo chudziutkich. Ciężko mi stwierdzić teraz, czy miał taką urodę, czy jednak pobierał mniej pokarmu niż potrzebował, jestem skłonna myśleć, że to drugie niestety. Dosyć długo walczyłam ze sobą, czy udać się do doradcy. Stwierdziłam, że jeśli po 3 miesiącu nic się nie zmieni poszukam fachowej pomocy. Kolejny błąd, powinnam działać od razu, nie czekać.
Walka o pokarm
U doradcy też nie odczułam fali optymizmu, ale jakąś drogę podjęliśmy – walkę o pokarm, o rozbujanie laktacji. Karmienie piersią odłożyłyśmy na później, a właściwie ja odłożyłam. Doradczyni, takie miałam wrażenie, nie widziała chyba na to szans. I tu nadszedł czas na wspomniany laktator, wynajęty z wypożyczalni dzielnie towarzyszył mi przez kolejne miesiące. Moje piersi były bardzo oporne i nigdy nie miałam zapasów mleka, starczało mi na bieżące potrzeby syna lub wręcz musiałam go dokarmiać sztucznym pokarmem. W nocy przystawiałam dziecko do piersi, by jednak nie zapomniało co to ssanie brodawki. Wstawałam też raz na odciąganie. W dzień co kilka godzin wpatrywałam się w krople mleka, które miarowo, raz chętnie, raz niechętnie, skapywały do pojemnika laktaktora. Byłam w stanie wypijać mieszankę ziół własnoręcznie przygotowaną, zmieloną kozieradkę, słód jęczmienny, byle tylko wspomóc laktację.
O braku wiary
Po ponad 3 miesiącach zaczęłam bić się z myślami, czy chcę żeby tak właśnie wyglądało moje karmienie syna. Czy jednak zależy mi na karmieniu piersią. Co więcej, minęło magiczne pół roku, a ja nie brałam pod uwagę, że to koniec. W końcu odważyłam się i kupiłam zestaw SNS. Miałam dość ściągania, nie mogłam patrzeć na laktator, a z drugiej strony nie miałam odwagi go odstawić. Gdy SNS pojawił się w domu pożegnałam się z laktatorem i na przełomie 6 i 7 miesiąca życia mojego dziecka przystawiłam go do piersi. Nie na śpiocha, ale z „premedytacją” – w dzień. Jak tylko poczuł mleko, które spływało z drenu pięknie zassał pierś. Od razu zauważyłam różnicę, siedziałam wpatrzona i mówiłam, że jeszcze nigdy tak pięknie i prawidłowo nie ssał. Faktem jest, że był większy, miał więcej siły, a przede wszystkim był chętny, współpracował, bez tego nic by się nie powiodło.
Po uzależnieniu od laktatora przyszło uzależnienie od SNS. Choć to raczej nie uzależnienie, a brak wiary, pewności, że sama pierś by wystarczyła. Karmiłam tak do 13/14 miesiąca, przy czym dawka regularnie się zmniejszała (aż doszło do 1 małego dokarmiania), bo syn więcej nie potrzebował. Poza tym w 7 miesiącu zaczął próbować stałe jedzenie metodą BLW. Czyli nie najadał się stałym jedzeniem, ale moim mlekiem. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy. Po jakimś czasie po prostu nie chciało mi się wstać (bo dokarmiałam rano) i nie podałam tych marnych mililitrów sztucznego mleka. Wszyscy przeżyliśmy.
Karmienie a wsparcie
Syn niedawno skończył 2 lata. Nadal się karmimy. I nie myślimy o zakończeniu. Czas sam pokaże, kiedy zakończy się nasza wspólna przygoda. Ale pamiętam jak dziś, gdy załamana, wykończona, zagubiona płakałam i myślałam, by dotrwać chociaż do 3 miesięcy…
Popełniłam wiele karygodnych błędów poczynając od braku zainteresowania tematem karmienia piersią przed porodem, kończąc na podaniu butelki, co zaburzyło prawidłowy odruch ssania i spowodowało kolejne komplikacje. Czasem sytuacja była naprawdę ciężka. Ze łzami w oczach mówiłam, że już nie dam rady, to koniec. Ale wystarczyły słowa wsparcia męża i szłam dalej. Bez niego to by się nie udało. Dziękuję Ci mężu.
Dziękuję też wszystkim portalom, blogom, grupom wsparcia, promotorkom, bo to dzięki Wam wiedziałam, że warto. Że ten pokarm to najlepsze, co możemy dać naszym dzieciom. Dzięki Wam zaczęłam dostrzegać, że nie wszyscy, którzy głoszą, że mają na względzie dobro mojego dziecka, faktycznie je mają. Oczy otworzyły mi się bardzo szeroko. Ze wsparciem bliskich, a przede wszystkim męża, siostry i mamy przeszłam tę niełatwą drogę, która była taka na moje własne życzenie. Bardzo wiele mam, jeśli nie większość, podchodzi do tego tematu po macoszemu. Przecież to naturalne, proste, łatwe… Najczęściej nie zawsze. Ale wystarczy znać podstawy, poznać pozycje do karmienia, prawidłowo przystawiać dziecko, przystawiać je w ogóle, nie czekać na gwiazdkę z nieba, obserwować, w razie potrzeby korygować, pytać, zgłaszać się do specjalistów karmienia piersią i karmić.
Wielka moc mam
Teraz już wiem, że mam wielką moc. Żadna z fachowych osób, która powinna dać mi 100% wsparcia – nie dała mi go. Ale znalazłam je wśród innych mam i bliskich mi osób i wygrałam!
Nieważne czy karmisz piersią, ściągniętym, czy mlekiem mieszanym – robisz to dobrze! Nie ważne, czy dałaś radę 3 miesiące, czy 13. – jesteś rycerzem w złotej zbroi. Jesteś bojownikiem o ważną sprawę, zarówno jeśli masz zapasy mleka, jak i, jeśli brakuje Ci twojego pokarmu do porcji jakie pochłania Twoje dziecko i dorabiasz mieszankę. Nikt, kogo to nie spotkało, nie będzie w stanie zrozumieć ile pracy wymaga taki sposób karmienia, dlaczego płaczesz nad swoim ciężko zdobytym rozlanym mlekiem, które właśnie miałaś podać dziecku. Ja Cię droga mamo podziwiam.
I nawet jeśli właśnie kończysz swoją historię z kpi – wykonałaś arcy zadanie. A jeśli dopiero zaczynasz – wkraczasz na niełatwą, ale magiczną ścieżkę.
Monika