Mlekodawstwo

Moja ciąża, pierwsza, wyczekana, wynoszona z atencją i zaangażowaniem, przebiegała prawidłowo, aż do 35 tygodnia, kiedy poszłam na kontrolne badanie USG, pewna że wszystko jest ok. Czekałam na potwierdzenie, że dziecko się obróciło główką w dół i że będzie to dziewczynka. Ale nic z tego – dziecko nadal znajdowało się w pozycji miednicowej, a o płci w ogóle nie było mowy, bo stan wód płodowych zajął w 100% uwagę lekarza. Z miejsca zostałam zabrana na oddział patologii ciąży, a męża poproszono o przywiezienie rzeczy dla mnie i noworodka. Po kilku dniach zapadła decyzja o cesarskim cięciu. Z moich planów naturalnego i rodzinnego porodu trzeba było zrezygnować.

Moja córka przyszła na świat w 36 tygodniu ciąży. Była maleńka, ale silna. Na miejsce porodu dużo wcześniej wybraliśmy Szpital im. Św. Rodziny w Warszawie i nie pomyliliśmy się – jeszcze na sali operacyjnej miałyśmy z córką kontakt skóra do skóry. Leżąc na sali pooperacyjnej pierwszy raz córka zassała moją pierś.

Trudne początki

Kilka godzin później już wiedziałam, że początki karmienia piersią nie są łatwe. Córka chwytała pierś zbyt płytko, przez co brodawki szybko rozbolały i popękały. Każde przystawienie dziecka do piersi sprawiało mi ogromny ból. Ale nie chciałam rezygnować. Do dziś nie wiem skąd to się we mnie wzięło, nie miałam w rodzinie czy wśród znajomych wielu wzorców karmienia piersią (kp), wręcz przeciwnie – na ogół spotkałam się ze sztucznym karmieniem niemowląt. Nie miałam też jakiejś szczególnej wiedzy o kp. Ale uparłam się, że będę karmiła swoje dziecko naturalnie. W szpitalu pomagały mi w tym doradczynie laktacyjne i każda  (dosłownie każda!) położna, z którą miałam styczność w czasie pobytu w szpitalu. To była nieoceniona pomoc i wsparcie, bezgraniczna wiara, że dam radę wykarmić swoją wcześniaczkę.

Ze względu na poranione brodawki przez jeden dzień zalecono mi ściąganie pokarmu i podawanie dziecku strzykawką, do wygojenia się ranek. Siedziałam więc co dwie godziny przez całą dobę i łapałam cenne kropelki do kieliszka. Potem mąż wypożyczył w szpitalu laktator i rozkręcałam laktację dużo wygodniej. W trzeciej dobie po porodzie produkcja była tak duża, że moja córka nie była w stanie tego zjeść i część mleka musiałam wylać. To moje z trudem wywalczone mleko poszło do kanalizacji, a ja miałam łzy w oczach. Wtedy pierwszy raz przyszła myśl o oddawaniu mleka do banku – żeby już nigdy nie musieć go wylewać. Szpital im. Św. Rodziny właśnie przygotowywał się do otwarcia pierwszego w Warszawie Banku Mleka Kobiecego. Osiem tygodni później zarejestrowałam się w nim jako jedna z pierwszych dawczyń.

Pierwsze trzy tygodnie po porodzie to był najtrudniejszy czas mojego macierzyństwa i też ojcostwa dla mojego męża – karmienie bolało, trwało w nieskończoność i ledwo się kończyło zaraz rozpoczynała się kolejna sesja. Na dodatek co kilka dni mieliśmy jakieś wizyty lekarskie z córką, stresowały mnie dojazdy na konkretną godzinę, nie uwzględniające potrzeb karmienia mojego ssaka. Nie umiałam przystawić dziecka do piersi siedząc na niewygodnym krzesełku. Mój mąż widział mój stres i ból i był gotowy wycofać się z kp na rzecz mleka modyfikowanego, które wydawało się bezproblemowe. Ale nie odpuściłam. I pewnego dnia, gdzieś pod koniec trzeciego tygodnia, zauważyłam że nie boli i że karmienie zaczyna być przyjemne i wygodne.

Wsparcie i wiedza

W Banku Mleka Kobiecego spotkałam niesamowitą położną, p. Zosię, też mamę rocznej dziewczynki, Certyfikowanego Doradcę Laktacyjnego, moje pierwsze źródło profesjonalnej nowoczesnej wiedzy o karmieniu piersią. Od tej znajomości moje kp weszło na nowe, świadome tory, które zaprowadziły mnie następnie do BLW i rodzicielstwa bliskości.

Współpraca z Bankiem Mleka Kobiecego

Nie wiem ile mleka oddałam do Banku przez 10 miesięcy naszej współpracy  (przepisy pozwalają być dawczynią maksymalnie przez rok od porodu). Nigdy się na tym nie skupiałam. Patrzyłam tylko na to ile pustych buteleczek jeszcze mi zostało, aby w porę poinformować Bank o tym że jest gotowa dostawa i że są potrzebne nowe buteleczki. Dopóki moja córka była “stacjonarna” odciąganie pokarmu było stosunkowo proste. Dopiero, gdy stała się mobilna, musiałam robić to w odosobnieniu. Laktator niezmiernie ją interesował, wciskała przyciski, żeby mrugały lampki, ciągnęła za rurkę, chciała potrząsać butelką.

Współpracowałam z Bankiem Mleka Kobiecego tak długo, jak pozwalały na to przepisy, czyli dopóki moja córka nie skończyła roku. Ustanie mojej współpracy zbiegło się z obchodami pierwszej rocznicy działalności Banku. Dopiero podczas tej uroczystości zdałam sobie sprawę jak bardzo cenna jest to inicjatywa i jaki ma wpływ na mamy, którym dawczynie pomogły swoim mlekiem. Ku mojemu zaskoczeniu fakt, że ich dzieci dostały mleko innych kobiet, wspierał ich wiarę we własne możliwości i motywował do walki o swoją laktację! A przecież to mamy chorych, słabiutkich noworodków, które musiały stawić czoło ogromnemu stresowi i lękowi o zdrowie i życie swoich dzieci! Żałowałam tylko, że mój udział musiał się już zakończyć.

Mamom, które zaczynają swoją mleczną drogę chciałabym przekazać, że trzymam mocno kciuki za wszystkie ciężkie początki – warto iść drogą kp, a później dkp (długie karmienie piersią), jest to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

Magdalena

Fundacja "Mlekiem Mamy" wspiera w karmieniu naturalnym. Jeżeli karmienie piersią okazuje się niemożliwe, pokazujemy, że można karmić piersią inaczej (KPI), tj. odciągniętym mlekiem i podawać je w inny sposób. Edukujemy w zakresie tzw. świadomego rodzicielstwa i zdrowego stylu życia już od pierwszych chwil dziecka.