historia kpi

Anonimowa historia kpi

HISTORIE MAM

Moja historia kpi będzie anonimowa, dlatego że wszystko co napiszę jest dla mnie bardzo osobistym i szczerym wyznaniem. Nie należę do osób wylewnych, a także bardzo cenię sobie swoją prywatność. Historia może być długa, ale chciałam nią zamknąć pewien etap i trafić do osób takich jak ja. Może nie jestem w tym wszystkim osamotniona. A więc do rzeczy.

Trudne (nie)tylko początki

Jeszcze przed urodzeniem córki miałam ogromne plany jeśli chodzi o karmienie piersią. Przeczytałam dużo polecanych książek. Nastawiłam się psychicznie, przynajmniej tak mi się wydawało. Jednak w razie czego zaopatrzyłam się w kapturki i laktator, choć byłam pewna, że nie będą mi potrzebne przy kp. Z założenia karmienie piersią miało trwać przynajmniej rok. 

Poród minął bez komplikacji, córka urodzona w terminie. W szpitalu zero pomocy jeśli chodzi o karmienie piersią. Położna na moją prośbę o pomoc w przystawieniu odpowiedziała: “ale ja nie umiem”. Druga z kolei z wielkim oburzeniem: “karmi już pani dwa dni, więc w czym problem?” A ja już od początku miałam problemy z przystawieniem, pozycją, bólem itd. A zostawiona sama sobie nie mogłam ich długo rozwiązać i wciąż narastała we mnie frustracja i poczucie rezygnacji. 

Nowa rola, nowa ja?

Już od urodzenia czułam lęk o córkę, zresztą w trakcie ciąży również (po drodze spore komplikacje, które na szczęście ostatecznie nie były groźne). Co chwilę sprawdzałam czy oddycha. I tak każdej nocy. W trakcie dnia to samo. Słabo przybierała na wadze, choć wciąż w granicach normy. Bardzo mnie to stresowało. Odbiło się echem na mnie i relacji z mężem oraz resztą rodziny. Mąż próbował mnie podnieść na duchu, a ja wciąż byłam płaczliwa, przemęczona, nerwowa. 

Położna odwiedzała mnie co tydzień, by sprawdzać przyrosty. A ja w tym wszystkim czułam, że tracę siebie. Nie byłam przygotowana na to całe macierzyństwo, jak się okazało. Ale tak naprawdę czy któraś z nas jest?

Kocham swoją córkę i oddałabym za nią wszystko. Jednak na początku czułam się jakby ktoś kazał mi grać rolę, do której zupełnie nie pasuję. A myśl, że nie ma już odwrotu tylko potęgowała moje negatywne i trudne emocje. Czułam się nieatrakcyjna. Czułam się jakbym była tylko matką, a nie kobietą, którą byłam wcześniej. Mój mąż wspierał mnie w całej tej “mlecznej” drodze od początku. Kłótnie z nim były o to, że karmienie mnie wykańcza i on nie może patrzeć na moje łzy. A ja z uporem maniaka brnęłam w to wszystko i tylko powtarzałam w kółko, że on nic nie rozumie. A on rozumiał i widział więcej niż ja…

Początki KPI

Po wielu próbach przystawiania i nieprzespanych nocach, krzyku córki przy piersi, kłótniach z mężem i poczuciu samotności przyszło zapalenie ucha mojej malutkiej. Które poniekąd okazało się wybawieniem. Nie chciała pić z piersi, więc podawałam jej odciągnięte mleko w butelce, by nie sprawiać jeszcze większego bólu przy ssaniu.

Początkowo zabawa z laktatorem przebiegała bez większych emocji. Cieszyłam się, że daję córce to, co mam dla niej najlepsze i wierzyłam w magiczny powrót do karmienia piersią. Niestety życie wybrało inny scenariusz i córka całkowicie odrzuciła pierś. Nie korzystałam nigdy z porady CDL. Mąż uważał, że to nawet lepiej, że nie karmię piersią, że wiele to mnie kosztowało i naszą relację. 

Wciąż “pod górkę”

Z chwilą, gdy zaczęłam używać laktatora z jednej strony odzyskałam siebie. Mogłam wyjść z domu, nie czułam stresu ile zjada, czy się najada. Nie słuchałam jej krzyku i wiercenia przy piersi, spałam więcej. 

Z drugiej strony, w miarę upływu czasu, kiedy właśnie wizja karmienia piersią legła w gruzach, to używanie laktatora przyprawiać mnie zaczęło o gęsią skórkę. Czułam, że to uderza w moją osobę, robiłam to wbrew sobie. Wszystko dla Niej. Czułam się jak przedmiot. Chowałam się z laktatorem i prosiłam męża, by nie patrzył na mnie. Czułam radość jak sesja dobiegała końca i jak podawałam swoje mleko córce. Ale w chwili, gdy “podłączałam się” do laktatora to czułam taki jakiś nieopisany gniew. Córka była nieodkładalna, co wzbudzało we mnie jeszcze większą frustrację, gdy w trakcie sesji próbowałam ją bezskutecznie zabawiać/uspokajać. Do tego doszła moja mastopatia, nie mogłam dotknąć nawet swoich piersi, były takie nadwrażliwe. To też bardzo mnie denerwowało. Bez stanika ani rusz. 

Tak pociągnęłam do końca 4 miesiąca. I zdecydowałam, że z tym kończę. Chociaż wciąż czuję się z tym źle, że nie dałam rady. A tak bardzo chciałam. Odczuwam taką porażkę, że pisząc to łzy same napływają mi do oczu. Karmienie w każdym wydaniu okazało się dla mnie najgorszą częścią dotychczasowego macierzyństwa i zwyczajnie odebrało mi radość z bycia mamą. Staram się, żeby wbić sobie do głowy, że to naprawdę nie jest najważniejsze w rodzicielstwie i przyznać szczerze przed samą sobą, że naprawdę już więcej nie potrafię z siebie dać, zachowując w tym siebie. 

Szczęśliwa Mama to szczęśliwe Dziecko

Wszystkim Wam Dziewczyny, karmiącym mlekiem ściągniętym, gratuluję samozaparcia, samoświadomości, że to robicie, bo warto się poświęcić, organizacji i wiary w siebie i swoje możliwości (cycki). Uważam że każda jedna z Was tutaj jest prawdziwą bohaterką i najlepszą mamą dla swojego dziecka. Wiem, że bardzo wiele z Was przeżywało realne stresy związane z przedwczesnym porodem i poważnymi chorobami dzieci – dla Was szczególny podziw, że dałyście radę. 

Ale jeśli wśród Was, które dotarły do tego miejsca (dziękuję, naprawdę sama nie wiem czy bym to wszystko chciała i miała czas przeczytać) są takie osoby jak ja, to wysyłam Wam uściski i mówię, że jesteście najlepsze cokolwiek robicie. Czytając większość postów i rozmawiając z różnymi osobami o swojej historii karmienia chciałam usłyszeć takie zdanie: Jakkolwiek karmisz Twoje dziecko/dzieci będą szczęśliwe, jeśli tylko będziesz je kochać i wspierać każdego dnia. I pamiętaj, że mama jest tak samo ważna jak dziecko. 

Żałuję, że nie usłyszałam tego zdania na początku swojej “mlecznej” drogi. Może komuś to pomoże. Tym wyznaniem jednak chciałam bardzo pomóc sobie. Nie czuć wyrzutów z powodu poniesionej klęski.  

A.