Ważne, żeby karmić. Nieważne jak

HISTORIE MAM

Jestem mamą KPI i chciałabym przedstawić swoją historię o tym, że ważne jest, żeby karmić. Nieważne jak.

Ciąża przebiegała rewelacyjnie

W ciąży czułam się świetnie fizycznie i psychicznie. Do dnia porodu nie doskwierały mi niemal żadne dolegliwości. Może właśnie to bardzo dobre samopoczucie sprawiło, że byłam przekonana, że tak samo bezproblemowo przejdę poród, oraz że nie będę miała żadnych innych trudności potem. Byłam nastawiona na poród siłami natury oraz karmienie piersią. Bo przecież to normalne, naturalne, najlepsze dla dziecka i matki.

Na zajęciach szkoły rodzenia przede wszystkim omawiany był poród fizjologiczny i karmienie piersią. O cesarskim cięciu mówiło się niewiele i negatywnie. Brzmiało to tak, jakby cesarka była zawsze wyborem matki i próbowano nas odwieść od takich pomysłów.

O problemach z karmieniem piersią mówiło się w kontekście niewielkiej ilości pokarmu, zapaleniu piersi, poranionych brodawkach. Nie sądziłam, że mogą pojawić się jakiekolwiek przeszkody, aby dziecko w ogóle przystawić do piersi.

O innym niż karmienie mlekiem mamy lub modyfikowanym nigdy nie słyszałam. W laktator zaopatrzyłam się w ramach gadżetu, który może przyda się w jakiś wyjątkowych sytuacjach. Nie sądziłam wówczas, że stanie się koniecznością, narzędziem niezbędnym do codziennego funkcjonowania.

Poród skończył się cesarką

Mój poród skończył się nieplanowanym cesarskim cięciem. Długo nie mogłam pogodzić się z tym, że wszystko potoczyło się inaczej niż myślałam, inaczej niż mówiono, że ma być.

Zaraz po zabiegu, jeszcze na sali operacyjnej, położono mi synka przy twarzy na około minutę. Niedługo potem, gdy byłam na sali pooperacyjnej już z partnerem, przywieziono nam synka na około 20 minut. Pierwszy raz próbowałam go przystawić do piersi, jednak oboje byliśmy zmęczeni i po prostu poleżeliśmy przez ten czas razem przytuleni. Synek nie chwycił piersi, ja nie mogłam się ruszać i nie naciskałam na karmienie. Ważne było dla mnie, że jesteśmy razem zdrowi i bezpieczni i że jest już po wszystkim.

Walka o karmienie piersią w szpitalu

Następnego dnia, przywieziono mi synka już na stałe i od tego momentu zaczęła się moja walka o karmienie piersią. Po pierwsze, mleka w piersiach niemal nie było. Udawało mi się wycisnąć kropelkę co kilka godzin. Po drugie, synek nie chwytał piersi. Pielęgniarki z każdego obchodu pytały jak u mnie z karmieniem, a ja każdej mówiłam, że nie mam pokarmu i że dziecko nie chce łapać piersi. Personel z mniejszym lub większym zaangażowaniem próbował mi pomóc i naprawdę miło wspominam opiekę w szpitalu, ale niestety, żadna z pań nie umiała mi pomóc.

Okazało się, że moje brodawki są płaskie, niechwytne. Nigdy nie pomyślałabym, że będę miała taki problem. Dodatkową trudnością były duże piersi, które wraz z każdą kolejną pielęgniarką próbowałam odpowiednio trzymać, układać, jednocześnie trzymając dziecko, nadziewając jego główkę oraz naciskając pierś w różny sposób i wyciągając odpowiednio brodawkę, by dziecko ją złapało i zassało. Zwyczajnie brakowało mi rąk, a wszystko to działo się po cesarce, w ogromnym bólu, gdzie każdy ruch sprawiał mi ogromne trudności. Pielęgniarka próbowała mi pomóc wyciągając brodawkę strzykawką, inna masowała mi piersi. Ale po krótkim czasie, bez efektów, zostawałam z problemem sama. Nie potrafiłam przystawić synka.

Syn płakał, wiercił się, oboje byliśmy spoceni z nerwów i ruchu, a ja próbowałam powstrzymywać łzy widząc, że nie potrafię nakarmić własnego dziecka. Im dłużej go przystawiałam, tym było gorzej, dziecko krzyczało, wyrywało się, ja coraz bardziej sfrustrowana i zapłakana próbowałam na siłę znaleźć dobrą pozycję i nadziać dziecko na pierś. To była walka. Walka, która za każdym razem kończyła się podaniem butelki z mlekiem modyfikowanym, bo dziecko przecież było głodne, a z moich piersi nadal nic nie leciało, a nawet gdyby leciało, to nie miałam jak podać pokarmu synkowi.

Partner przywiózł mi do szpitala laktator, ale byłam tak zniechęcona, że nie chciałam na niego patrzeć. Silikonowe nakładki, które polecały pielęgniarki, również nie zdały egzaminu: nie potrafiłam ich przyczepić, odrywały się od piersi przy każdym ruchu dziecka, zsuwały się pod wpływem wilgoci (potu, łez).

Psychicznie czułam się strasznie

Psychicznie czułam się strasznie. Na sali leżałam z dziewczyną, która miała cięcie cesarskie później niż ja, a mimo to bez problemu karmiła piersią od pierwszego dnia. Odwracałam się od niej plecami udając, że coś robię, a tak naprawdę nie mogłam patrzeć jak ona zadowolona karmi swojego syna. Nie mogłam powstrzymać łez, chciało mi się wyć.

„Karmienie piersią jest w głowie” – usłyszałam od pielęgniarki. To wcale nie pomogło. Przecież ja tak chciałam karmić. Gdyby nie wsparcie partnera, jego cierpliwość, tłumaczenie, że pokarm na pewno się pojawi, że warto spróbować użyć laktatora itd., to nie wiem, jak zniosłabym pobyt w szpitalu. Czułam, że wszystko stracone, że syn już kolejną dobę pije mleko modyfikowane. Przyzwyczaja się do butelki i że już nie ma szans, by to odwrócić.

Czułam, że coś jest ze mną nie tak, że się nie nadaję, skoro nie umiem nakarmić dziecka. Że jestem gorsza. Towarzyszyły mi żal, frustracja, złość, smutek i zaskoczenie, że nikt nie uprzedził, że może pojawić się taki problem. Do tego doszedł ból po operacji, dolegliwości zdrowotne, do których nie byłam przyzwyczajona w ciąży, samotność oraz nowe obowiązki wokół pierwszego dziecka.

Pokarm się pojawił

Na czwartą dobę pobytu w szpitalu pokarm się pojawił. I było go dużo (tak jest do tej pory). Byłam przeszczęśliwa. Myślałam, że teraz będzie lepiej, że dzidziuś jak poczuje mleko to chętniej złapie pierś. Będzie bardziej zmotywowany, by ssać, znajdzie w sobie więcej siły, by złapać nawet płaską brodawkę.

Ale tak się nie stało. Brodawki nadal były płaskie, piersi nadal bardzo duże i wylewające się, a ja nadal miałam tylko dwie ręce. Ale czułam się już lepiej, bo wiedziałam, że mam pokarm. Że już nie ma dwóch problemów – brak pokarmu i niechwytne brodawki – tylko pozostał jeden, ten ostatni.

Wtedy chwyciłam po laktator i zaczęłam ściągać pokarm. Partner bardzo się cieszył, mówił, że najważniejsze, by mały dostawał moje mleko. W ostatni dzień pobytu w szpitalu karmiłam moim mlekiem z butelki i mlekiem modyfikowanym.

W domu

Po powrocie do domu cały czas ściągałam mleko laktatorem, ale próbowałam wciąż przystawiać synka bezpośrednio do piersi. Niestety, te próby nie udawały się. Kończyły się wspólnym płaczem.

Synek nie umiał chwycić piersi, a ja nie potrafiłam jej mu wsadzić do ust. Próbowałam różnych pozycji, na spokojnie, na siłę, ale kończyło się zawsze podaniem butelki z moim mlekiem. Mleka modyfikowanego już w ogóle przestaliśmy używać.

Wsparcie partnera

Partner cały czas wspierał mnie mówiąc, żebym nie męczyła się (i synka) i na siłę nie przystawiała, że najistotniejsze jest, że w butelce jest moje mleko i dziecko dostaje najbardziej wartościowy pokarm. Że nieważne, w jaki sposób mleko jest podawane. Bardzo mi pomagał. W czasie, gdy odciągałam mleko zajmował się synkiem oraz obowiązkami domowymi. Ale nie ukrywam, że chciałam, by synek jadł z piersi. Chciałam, by karmienie odbywało się „normalnie”, jak u każdej mamy. Chciałam poczuć tę więź i patrzeć na dziecko jak je z mojej piersi.

Gdyby nie partner, to nie wiem jak zniosłabym te trudne początki. On nie tylko mył butelki i przynosił mi laktator, ale okazywał całkowite wsparcie emocjonalne. To on przypominał mi o ściąganiu mleka. Dla niego nie było w tym nic dziwnego czy nienaturalnego w tym, że nie udaje się podać piersi. To sprawiło, że ja też zaczęłam myśleć o „swojej” technice karmienia jako o czymś normalnym.

Wsparcie położnej

Położna środowiskowa była kolejną pozytywną osobą na mojej drodze karmienia. Podczas wizyty stwierdziła, że wszystkie problemy to „tylko kwestia złej techniki przystawienia”.

I rzeczywiście, udało jej się sprawić, by synek zassał pierś. Pierwszy raz poczułam jak naprawdę je z piersi i byłam szczęśliwa. Tylko, że to przystawienie było skuteczne po pół godzinie walki z dzieckiem. Synek płakał, wił się i oboje byliśmy spoceni, a do włożenia piersi do buzi dziecka potrzebne były dwie pary rąk.

Niestety, mimo wskazówek położnej, nie udało mi się samej powtórzyć tego sukcesu. Zwyczajnie nie miałam tyle siły fizycznej, psychicznej, czasu, nerwów, doświadczenia, umiejętności. Ale położna nie krytykowała mnie, skupiła się na tym, by utrzymać laktację, by odciągać mleko laktatorem i podawać je dziecku w butelce. Że to też jest bardzo dobra metoda. Że macierzyństwo ma przynosić mi radość, a nie udrękę. Że jestem super, że daję radę.

Wsparcie najbliższych mi kobiet

Miałam też oparcie w siostrze i trzech przyjaciółkach. Każda z nich niemal od początku karmiła mlekiem modyfikowanym, więc to, że ja karmię swoim – nieważne w jaki sposób – jest według nich ogromnym sukcesem.

Z powodu dużych nadwyżek mleka zaproponowałam je swojej przyjaciółce, która ma teraz 3-miesięczną córkę. Niestety, w przychodni usłyszała ona, że nie powinna brać mleka od innych kobiet…

Życie odmierzone laktatorem

Nie wiedziałam, że taka technika karmienia ma jakąś nazwę. Zauważyłam jednak, że jest mało popularna. Na pytania, jak karmię nie wiedziałam, jak odpowiadać: „Piersią, ale nie piersią?”, „Mlekiem z piersi, ale laktatorem?”.

Niektórzy dziwili się, bo przecież skoro mam pokarm, to gdzie jest problem? Po co mi ten laktator? Nie chcę tego tłumaczyć, nie chcę wszystkim wyjaśniać, jak trudno było mi przystawić synka, że naprawdę się starałam. Nie chcę opowiadać, ile te próby mnie kosztowały, że nie chcę znów przez to przechodzić. Nie chcę opowiadać, że moje piersi nie do końca nadają się do karmienia.

KPI nie jest łatwe, bo wymaga dużo czasu i organizacji. Do tego zajęte laktatorem ręce, ciągłe mycie butelek, gromadzenie zapasów w lodówce, ciągłe buczenie urządzenia, ciągłe myślenie o ściąganiu mleka jak o męczącej, długotrwałej czynności, przykrym obowiązku.

Przede wszystkim w KPI żal mi czasu, który mogłabym poświęcić synkowi zamiast laktatorowi. Ale pokarmu mam bardzo dużo, synek dobrze przybiera na wadze, jest zdrowy i myślę, że w dużej mierze jest to zasługa mojego mleka. Dlatego warto tak karmić. Póki mam mleko, wolę tracić czas, ale podawać je dziecku zamiast modyfikowanego.

Teraz to dla mnie normalność

Mały ma teraz 1,5 miesiąca, a ja od czasu do czasu wciąż staram się przystawić go do piersi i ostatnio wychodzi nam coraz lepiej. Ale nadal wymaga to niemal akrobatycznych pozycji, a każdy ruch może spowodować, że pierś, którą z takim trudem zassał – wypadnie mu z buzi. Może jest nieco lepiej dlatego, że jest większy i ma więcej siły, by chwycić pierś?

Mimo wszystko nie sądzę, bym po tej całej drodze karmienia, przestawiła się całkowicie na KP.

A jak się czuję jako mama KPI? Teraz to dla mnie normalność, codzienność, ale na początku czułam się inna, gorsza. Czułam, że muszę się tłumaczyć, czemu tak karmię, że to nie jest normalne. Teraz już o tym nie myślę.

Paulina