Udane kpi to sukces całej rodziny

HISTORIE MAM

Mamą kpi zostałam od razu po urodzeniu mojej Ani. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stałe ściąganie mleka ma swoją nazwę. O tym powiedziała mi dziewczyna, z którą leżałam na poporodowej sali. Kpi nie było moim świadomym wyborem, w zasadzie, to los zadecydował za mnie. Poród był potwornie trudny, a Malutka, która urodziła się niedotleniona, po, dzięki wysiłkom lekarzy, udanej resuscytacji od razu trafiła na kilka dni do inkubatora i zaczęła się walka o Jej zdrowie. Od początku, przez kilka godzin na wspomaganiu oddechu i kilka dni żywienia pozajelitowego. Widzieć Maluszka w takim stanie to bardzo trudne doświadczenie dla każdego rodzica.

Przygoda z laktatorem

Moja przygoda z laktatorem zaczęła się od pożyczonej od szpitala Medeli, żeby rozkręcić laktację, kiedy córka była w inkubatorze. W tym miejscu muszę nisko ukłonić się szpitalowi, który wyszedł  z taką inicjatywą. Ja, po skomplikowanym porodzie nie byłam w stanie za bardzo myśleć, byłam skupiona tylko na tym, żeby zobaczyć moje Maleństwo. To udało się dopiero na drugi dzień. Ale na złoty medal spisał się mój Mąż, który pierwszy dzień nosił każdą kroplę mleka, by chociaż dziecku usta zwilżyć. W trzeciej dobie miałam już tyle mleka, że chowałam do lodówki na 5 porcji do przodu.

Walka o KP

Po czterech dniach stan Ani się bardzo poprawił i trafiła w końcu do łóżeczka, a ja zaczęłam walkę o kp. Przystawiałam, nawet czasem załapała, ale…  ciągle się prężyła. Pomyślałam, że w szpitalu będę ściągać, a w domowym zaciszu będziemy się uczyć karmienia piersią. No i tak zrobiłam.

Po 6 dniach byłyśmy w domku. I zaczęłyśmy pracę nad kp, choć awaryjnie był kupiony laktator. Dzielnie walczyłyśmy cały miesiąc. Ale to był miesiąc niestety okupiony płaczem, nerwami i smutkiem, ponieważ moja Malutka nie mogła złapać piersi. Myślałam, że jest po prostu za drobna (w momencie urodzenia ważyła 2,5kg). Było mi ciężko, bo miała bardzo duży odruch ssania i chciałam, żeby się udało. Przecież wszyscy przekonywali, że kp jest intuicyjne, naturalne i ona będzie się ładnie przystawiać.

Jednak po miesiącu stwierdziłam, że nie będę już dłużej walczyć o kp i zostanę wyłącznie przy mleku odciąganym. Chciałam nakarmić ją w końcu bez stresu. I tak jakoś życie się pomału toczyło od sesji do sesji, od  kryzysu do kryzysu i od karmienia do karmienia. Z zegarkiem w ręku. Chyba setki razy chciałam to rzucić, ale zawsze wtedy mogłam liczyć na wsparcie Męża, który słuchał, wspierał, nieraz ocierał łzy, ale też cieszył się tak samo bardzo jak ja z każdej kropli mleka.

Dlaczego się nie udało

Po następnym miesiącu, na wizycie u neurologa (trzeba było sprawdzić, czy wszystko jest w porządku) okazało się, że Ania ma problemy z napięciem mięśniowym i prawdopodobnie to było jedną z przyczyn niepowodzenia kp. Zaczęłyśmy rehabilitację i czułam, że wyjdziemy w końcu na prostą. Początkowo ściągałam 8-9 razy na dobę, żeby rozkręcić laktację. Jednak szybko się okazało, że brakuje mi czasu. Ania wymagała 3 razy w tygodniu rehabilitacji, do tego robiłyśmy ćwiczenia w domu. W najgorszym momencie spałam po 4 godziny na dobę. Ale nie czułam się przesadnie zmęczona. Patrząc na moją Małą, wiedziałam, że inwestuję w jej zdrowie. A to bezcenna inwestycja.

Kryzys szóstego miesiąca

Jednak w czwartym miesiącu życia córki zeszłam do 6 sesji, potem do 5 i nadal brakowało mi czasu. Serce mi pękało, kiedy musiałam ściągać, a ona chciała się bawić. Ale dawałam radę i z uśmiechem radziłam sobie i z tym. Raz lepiej, raz gorzej. Nauczyłam się śpiewać, by zająć czymś córkę. Ale niestety im dłużej ściągałam, tym wolniej mleko leciało, a czas sesji się wydłużał do prawie godziny. A mnie zależało, żeby Ania piła tylko moje mleko.

Ale kiedy przyszedł kryzys szóstego miesiąca coś we mnie pękło (nie była to tylko obolała brodawka). Z bólem serca i wyrzutami sumienia postanowiłam, że po skończeniu pół roczku, córka na noc będzie dostawać mieszankę, a ja poświęcę jej więcej czasu. I czułam się fatalnie pierwszego wieczora z mieszanką. Jednak musiałam się przełamać, bo Ania potrzebuje również mnie, nie tylko mojego mleka. Obecnie ściągam 3 razy i to wystarcza. I obie jesteśmy szczęśliwe, bo jest i moje mleczko i czas dla siebie.

KPI to nasz rodzinny sukces!

Głęboko wierzę, że moje mleko jest jedną ze składowych tego, że na kolejnej kontroli u neurologa okazało się, że mimo kłopotów z napięciem mięśniowym, neurologicznie córka jest zdrowa. To nasz największy sukces. Jednakże nie  byłoby możliwe bez mojej rodziny, Teściów, którzy cały czas mnie mocno wspierają, a zwłaszcza mojego cudownego Męża, który niezliczoną ilość razy mówił mi, że jestem bohaterką, że jestem wspaniała i niesamowita. Do tego wielokrotnie karmił córkę w nocy, żebym mogła w tym czasie ściągać. Dzięki niemu mogłam chociaż trochę więcej pospać, albo ściągać bez stresu. Zajmuje się małą po pracy i widać, że ten czas ich oboje mocno cieszy. Bez niego kpi to nie byłoby możliwe. To nasz rodzinny sukces i nigdy inaczej tego nie nazwę.

Bez wsparcia rodziny z pewnością bym pękła po tygodniu lub dwóch. Choć nie ukrywam, że mimo pierwszego zdziwienia zarówno pediatra, jak i każdy inny lekarz, którego spotkaliśmy na swojej drodze (a trochę ich było) mocno chwalił to, że zawalczyłam o mleko. W momencie, kiedy neurolog podczas ostatniej wizyty wstał i pogratulował mi gigantycznej pracy jeśli chodzi o ćwiczenia i tego, że się w kpi nie poddałam, miałam łzy w oczach.  Ale moja największa nagroda właśnie uczy się raczkować. Patrzenie, jak świetnie sobie radzi, pewnie także dzięki magii mleka, sprawia, że nie żałuję ani sekundy spędzonej z laktatorem. Każdy jej uśmiech to wynagradza. I wierzę, że uda mi się co najmniej do roku podawać jej choć trochę mojego mleka.

E.S.