Proszę nie robić z cycka smoczka

HISTORIE MAM

„Proszę nie robić z cycka smoczka” – takie zdanie usłyszałam jako odpowiedź, na moje pytanie: czy to normalne, że dziecko ciągle chce być przy piersi w pierwszej dobie? I było jednym z tych, które wbiły „nóż w plecy” mojej laktacji.

Przyszedł czas i na mnie… Wiele razy myślałam, czy dotrwam do tego dnia, wydawało mi się to tak odległe, ale teraz stało się rzeczywistością.

Michaś zaraz kończy rok, co oznacza, że rok jest karmiony mlekiem mamy.

Żal po straconym karmieniu piersią nie minął i nie minie. Być może choć trochę przejdzie przy drugim dziecku. Jak większość nas, mam kpi, doświadczyłam zaniedbań w opiece okołoporodowej, które bardzo na tej porażce zaważyły. Przede wszystkim po porodzie położna położyła mi dziecko na brzuchu i powiedziała „proszę przystawić”. I poszła. Nie sprawdziła jak to robię, czy w ogóle potrafię to robić, czy dziecko dobrze ssie i łapie pierś… Urodziłam o 13.50, poród piękny, bez komplikacji, a rozmowa ze szpitalną CDL (jedyną w mieście) odbyła się w 3 dobie… a do tego czasu nikt nie sprawdzał co i jak u nas z karmieniem piersią, żadna położna.

Ale wtedy jeszcze nam to dobrze szło. No i po mimo tego, że usłyszałam, że nie ma diety matki karmiącej, co było na plus jako jedyne, to niestety usłyszałam też od niej (CDL) „proszę nie robić z cycka smoczka”.

Trudne karmienie i strata pewności siebie

W drugiej dobie małego zabrali na szczepienia no i się zaczęło. Pół dnia przespał a potem karmienie stało się dramatem. Przystawiałam, a Misiek prężył się, łapał i puszczał, płakał, w ogóle nie chciał lewej piersi, i wyginał się w łuk w lewą stronę. Usłyszałam: „to jest normalne”.

Dziś wiem, że nie było. Podejrzewam, że szczepienie było jednym z powodów nieudanego karmienia piersią. W konsekwencji, po kilku tygodniach stwierdzono ONM (obniżone napięcie mięśniowe) z asymetrią lewej strony. Moje dziecko po takich próbach jedzenia, które trwały godzinami zniszczyło mi doszczętnie brodawki. Po 8 godzin tak próbował, płakał, itd. Wyszliśmy do domu w 4 dobie i nadal to samo. Ciągły płacz przy piersi, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Babcie i inne ciocie “dobra rada”, nie pytane wcale o zdanie, zaczęły siać ziarno niepewności – wspominać o „braku pokarmu”. Wtedy nie miałam tej wiedzy laktacyjnej co teraz, to straciłam pewność siebie. Przestałam wierzyć, że mogę wykarmić dziecko.

Niewspierająca położna środowiskowa

W dodatku nie mogłam spać. Serio, przez ten pierwszy tydzień spałam kilka godzin. Ciągle byłam na czuwaniu. Nawet kiedy dziecko spało, miałam mega baby bluesa – mimo, że ciąża była wystarana, wyczekana, a ten brak snu to pogłębiał.

W 5. dobie nie wiedziałam już co robić. On ciągle tak płakał, wyrywał się, ja byłam sfrustrowana, że nie potrafię go w spokoju nakarmić, przystawić, z ponadrywanymi brodawkami ze schodzącą skórą, nie dawałam już rady psychicznie i fizycznie. Stwierdziłam, że zadzwonię do położnej środowiskowej. I to była najgorsza decyzja w naszym życiu. Oczywiście klasyka: „dziecko płacze, bo nie ma pani pokarmu, proszę odciągnąć laktatorem ile ma pani mleka” – wszystkie to znamy. Oddzwoniłam, że z obu piersi jakieś 40 ml. Położna „no i wszystko jasne, on jest głodny, dlatego tak płacze, proszę kupić mleczko modyfikowane i to takie na kolki i zaparcia” (bo wspomniałam, że dziecko karmione piersią 3 dni nie robiło kupy).

Echh… no i poszło…. Jedynie spokojnie jadł w nocy, na śpiocha ze mną w łóżku. W dzień najpierw jedna butla tylko jak była mega histeria. Potem, kiedy tak płakał i nie potrafiłam go spokojnie nakarmić, to mąż tylko pytał: ” to co butla?”, a ja ze zrezygnowaniem odbierałam: no tak, pewnie nie mam mleka i dziecko głodne, skoro i babcie i nawet położna tak mówi…

I tak oto po 3 tygodniach łączonego karmienia kp+kpi+fm (formula milk) Michaś odrzucił pierś całkowicie, nawet w nocy, a moja laktacja zaczęła powoli umierać śmiercią naturalną. Do tego czasu, kiedy można było jeszcze coś zrobić, była u mnie 3 razy położna środowiskowa, która ważyła dziecko. On na samej piersi potrafił przybrać 300 g tygodniowo! Jak można takiej matce wmawiać, że nie ma pokarmu i wręczać broszurki z reklamą mleka modyfikowanego?!

Opowiadałam jej o naszych problemach, nie podjęła nawet próby sprawdzenia jak to karmienie nam idzie. Za to bardzo chętnie reklamowała „mleczko” modyfikowane.

Baby blues a karmienie

Niepowodzenie w karmieniu piersią pogłębiało jeszcze bardziej mojego baby bluesa. Ale minęły 2 tygodnie (odkąd Michaś odrzucił pierś, czyli to był jego 5 tydzień życia) i zaczęłam szperać w necie. Zaczęłam czytać artykuły o trudnościach w karmieniu piersią i trafiłam na pojęcia takie jak: relaktacja, power pumping i zgłębiłam tematy około laktacyjne. Kiedy poczytałam o różnicach w składzie mleka mamy a mlekiem modyfikowanym, to wiedziałam, że muszę to naprawić. Nie mogę odebrać dziecku pokarmu, którego skład ma wręcz cudowny wpływ na jego zdrowie, odporność i rzutuje na całe jego przyszłe życie…

Karmię, mimo braku pomocy!

No i zaczęłam przygodę z moim ręcznym laktatorem. Na sucho, co 1,5 godziny, płakałam i odciągałam. Po 12 sesjach na dobę miałam po 15 ml/ DOBĘ. Dałam sobie 2 tygodnie i albo się uda, albo będzie porażka…

Po tygodniu miałam swoje pierwsze 60 ml. Boże, jaka ja byłam szczęśliwa, płakałam… Ale wiedziałam, że to co robię ma sens i będzie tylko coraz więcej mleka. Po 2 miesiącach dołączyłam do „Randkujących” i kupiłam laktator na dwie piersi. To był luksus. Dzięki niemu podwoiłam ilości mleka. Nigdy nie byłam bardzo mleczna, max do jakiego doszłam to 1040 ml. I to było okupione godzinami przy laktatorze. Ale było warto. Dla Miśka. Chociaż po części mogłam zrewanżować mu to, co zostało nam odebrane przez brak wsparcia, zrozumienia, zainteresowania położnych, pediatry – ludzi którzy powołani są do świadczenia pomocy, która w tych pierwszych tygodniach może być nieoceniona dla prawidłowego karmienia piersią. Karmienia, które bezsprzecznie jest najlepsze dla mamy i dziecka.

W gabinecie lekarskim widziałam gadżety reklamujące mleko modyfikowane i dostałam ulotkę o nim.

To tak “pokrótce” nasza historia. Przede wszystkim podziękowania należą się mojemu cudownemu mężowi, bo gdyby nie on i jego wsparcie, to na pewno nie byłabym karmiącą piersią inaczej tak długo… A tak od 2. do 12 miesiąca życia moje dziecko było tylko na moim mleku. Zrobiłam około 15-20 litrów mrożonek, które już wypił. Jest wspaniały i powoli się żegna z maminym mleczkiem, z wielkim żalem dla mnie. Bo wypija jeszcze sporo, około 450-650 ml. Ale mama musi się przygotować na drugiego pasażera na pokładzie i zadbać o swoje i Miśka zdrowie – bo oboje jesteśmy anemikami. Odciągam jeszcze 1 raz dziennie, ale to już są ostatnie podrygi…

Ewelina T.