Karmienie piersią – „to nie jest dla ciebie”

HISTORIE MAM

Myśląc o moich perypetiach związanych z karmieniem piersią, przypomina mi się sytuacja sprzed 10 lat… Jestem krótkowidzem, a bardzo nie chciałam nosić okularów. Powiedziałam mojej babci (cała rozradowana), że przechodzę na soczewki kontaktowe, a babcia stwierdziła: Inni może noszą. Ale TY zobaczysz, że to nie jest dla ciebie. No i zobaczyłam. Swędzenie oczu, wypadanie soczewek, walka, by je założyć. – O nie, daję sobie miesiąc i z tym kończę – pomyślałam. I – naprawdę – minął miesiąc, a moje oczy „przyzwyczaiły się” do wcześniej niechcianych pomagaczy.

Bomba z opóźnionym zapłonem

10 lat później przeszłam podobną (choć na szczęście krótszą) batalię. Moje dziecko urodziło się z zielonych wód. Usłyszałam wtedy (jeszcze w trakcie porodu), że w szpitalu jest nowy pediatra, który ma zasadę, że dziecko z zielonych wód trafia po 15 minutach na obserwację. Tak więc bliskością nacieszyłam się tylko chwilę – na spółę z mężem. Po czym po godzinie przyniesiono mi dziecko, by je przystawić do piersi. Dobre i to… Jednak synek nie leżał ze mną w systemie rooming-in, bo okazało się, że ma podwyższone CRP i cały czas musi pozostawać na obserwacji. Tak więc, nieświadoma upływającego czasu, chodziłam po moje dziecko przez pierwsze dwa dni pobytu w szpitalu co jakiś czas (4-5 godzin?) i przystawiałam do piersi. Wtedy ssał bez zarzutu. Raz kiedy przyszłam po niego, usłyszałam, że nie mogę go zobaczyć, zresztą on śpi… Ciekawe ile razy zdarzyło mu się zapłakać, a nikt go nie przytulił? Ile razy potrzebował bliskości,  a leżał sam w szpitalnym łóżeczku?

W oczekiwaniu na pełne piersi

Po ok. 48 godzinach dziecko zrobiło się głodne, a moje piersi były prawie puste. Położne spytały mi się, czy jak będzie głodny mogą je poić glukozą? Powiedziałam, że będę po nie przychodzić. Uuu.. niedobrze – najprostsze rozwiązanie okazało się dla nich fiaskiem. W końcu oddano mi dziecko, gdy jego sytuacja zdrowotna okazała się lepsza niż początkowo przypuszczano. Natomiast moja sytuacja laktacyjna wyglądała fatalnie… Dziecko płakało, nie chciało ssać pustych piersi, by wyrobić laktację. Było już po prostu za późno. Razem z położną polewałyśmy brodawki glukozą, by go oszukać. Wtedy trochę ssał. Personel upierał się, bym „próbowała go karmić”. Ja jednak wiedziałam (matczyna intuicja?), że moje dziecko nie będzie ssało, dopóki piersi nie będą pełne mleka. Wyczerpana, kazałam nakarmić dziecko sztucznie, a położna powiedziała: – “I dobrze. Wtedy i matka i dziecko są spokojne… Mogę go nakarmić?” – spytała ochoczo.

Laktator idzie z odsieczą

Wtedy z pomocą przyszedł mi laktator. Jedna położna doradziła mi system 7-7 5-5 3-3 (POLECAM GO WSZYSTKIM W CELU WZBUDZENIA LAKTACJI!!!). Czyli przez 7 minut pompuję pierwszą pierś, potem 7 drugą, potem pierwszą 5 i tak dalej.  Wcisnęłam w mojego synka najpierw mnóstwo siary przez strzykawkę, potem pojawiło się mleko, które dawałam mu przez butelkę o małym wypływie, by się nie rozleniwił. Kiedyś mleko w butelce skończyło się, a mały nadal był głodny. Wcisnęłam mu wtedy pierś. Wyciskałam ją jak mogłam (wiem, że to błąd, ale w emocjach się nie myśli…), trochę wypił. Po czym chyba w 5. dobie przyszedł nawał laktacyjny – prawdziwe błogosławieństwo. Z dumą prosiłam o zimne okłady na piersi.

Karmić, karmić… KARMIĆ!

Gdy po tygodniu wróciłam ze szpitala, problemy z karmieniem wydawały się zamierzchłą przeszłością. Mały do 4,5 miesiąca był tylko na moim mleku. Przez pierwsze 2 miesiące nie odklejał się od piersi i to też było męczące. Tu po prostu trzeba być cierpliwym i nie słuchać głupiego gadania, że się ma jałowe mleko. Karmić, karmić, karmić!!! Dziecko musi rozkręcić laktację, zaspokoić potrzebę ssania i rosnąć! Z 50. centyla przy urodzeniu mały poszybował ku 85-mu! Na trzeciej wizycie szczepiennej ważył 8390 gram.

Wyjątkowe mamy, wyjątkowe mleko

Ile razy już usłyszałam od wielu kobiet (najczęściej tych 50. czy 70. letnich): “Nie mogłam karmić, bo nie miałam pokarmu…” Czyżby? A może po prostu czasami zbyt szybko stwierdzamy (i to w wielu dziedzinach, nie tylko w karmieniu swojego potomstwa), że coś jest „nie dla mnie, może dla innych, ale nie dla mnie”?

Wszystkim mamom życzę przede wszystkim wiary w to, że są w stanie bez dokarmiania i dopajania wykarmić własne dziecko, że zarówno ich mleko jak i one same są wyjątkowe!

Marysia