kpi

Jedna mama – dwie drogi

HISTORIE MAM

Dwie drogi, czyli moja historia jest o tym, jak przygotować się na różne sposoby karmienia dziecka i nie zwariować.

Pierwsza ciąża

W pierwszą ciążę zaszłam bez większych problemów w wieku 29 lat. Termin porodu miałam wyznaczony na 4 miesiące przed moimi 30 urodzinami – udało mi się więc wykonać plan – dziecko przed 30stką. Całą ciążę byłam pod opieką bardzo dobrego lekarza, wykonywałam różnego rodzaju badania dodatkowe (test Pappa, usg 3d itp.), chodziłam na zajęcia do szkoły rodzenia. Dużo czytałam o tym jak się przygotować do porodu i do bycia mamą, udzielałam się na mamowym forum i rozmawiałam z doświadczonymi koleżankami. Teoretycznie byłam przygotowana na zmiany, wiedziałam że chcę urodzić siłami natury, że chcę karmić córkę piersią, że chcę ją nosić w chuście itp.

Ciąża przebiegła bez większych problemów z wyjątkiem cukrzycy ciążowej, która na szczęście leczona była tylko dietą. Niestety przez cukrzycę, córka rosła dość szybko, więc kiedy w dniu wyznaczonej daty porodu nic się nie działo, lekarz prowadzący skierował mnie na patologię ciąży, na której byłam przez prawie 2 tygodnie, do porodu.

Od patologii do rozłąki

Patologię ciąży wspominam źle. Środek lata, upał, ciągłe badania i testy oksytocyny, dziewczyny w sali się zmieniały – rodziły – a ja czekałam i czekałam i nic się nie działo. W końcu po 5 testach okytocynowych zdecydowano o podaniu mi żelu dopochwowego, który rozkręcił akcję porodową i po kilku godzinach na świecie pojawiła się córka z wagą 4100 g. Niestety dość szybko zabrano mi ją do badania i mierzenia.

W czasie kiedy mnie szyto mąż czekał z córką na korytarzu, nie wpuszczono ich do mnie na salę, przez co córka wróciła do mnie po ponad godzinnej rozłące. Jak tylko ją dostałam próbowałam przystawić ją do piersi, ale miałam ważenie, że ona nie za bardzo była zainteresowana jedzeniem.

Tata patrzy… a ja lecę

Jeszcze na sali porodowej zajrzała do nas doktor neonatolog, która powiedziała: „Tata patrzy czy mama dobrze przystawia, a ja lecę na cesarkę”. I faktycznie uciekła.

Po dwóch godzinach od porodu przewieziono mnie na oddział położniczy, było koło 12 w nocy, mąż pojechał do domu, a ja zostałam z córką sama. Wtedy córka zaczęła płakać i była chyba jedynym dzieckiem na oddziale, które było słychać. Nie wiedząc co z nią zrobić chodziłam z nią po pokoju, nie umyta, świeżo po porodzie, w brudnych ciuchach. Po dwóch godzinach zajrzała do nas położna zaciekawiona kto tak płacze. Jak zobaczyła co się dzieje, zabrała mi córkę i kazała iść się wykapać. Nie wiem czy ją dokarmili mlekiem modyfikowanym czy nie, ale nad ranem trochę się uspokoiła i zasnęła.

Rano niestety dalej nie umiałam jej przystawić. Wołałam położne i prosiłam o pomoc, ale nie za bardzo miały czas ani ochotę mi pomóc. Byłam, więc zmuszona chodzić prosić o mleko modyfikowane dla córki. Dostawałam je bez większych problemów, karmiłam z kieliszka, żeby nie zaburzyć odruchu ssania. Córka spadała mocno z wagi, ale mimo to wypuścili nas po 2 dobie. W szpitalu ani razu nie udało mi się przystawić córki do piersi z sukcesem – ona szybko się zniechęcała i płakała, ja się za bardzo tym denerwowałam i szybko się poddawałam. Laktacja ani drgnęła.

Dlaczego to opisuję?

Tak szczegółowo opisuję przebieg porodu i pobyt w szpitalu, bo uważam, że brak pomocy w tych pierwszych godzinach po narodzinach przyczynił się do naszej porażki. Z jednej strony był to splot niesprzyjających okoliczności – urodziłam wieczorem, w dniu, w którym odbyło się bardzo dużo porodów w tym szpitalu, położne były więc bardzo zajęte, a doradcy laktacyjnego już nie było w pracy (jest tylko rano), córka była duża, miała zapas i niespecjalnie była na początku zainteresowana jedzeniem, a ja po pobycie na patologii ciąży nie chciałam ani minuty dłużej niż to było wymagane zostać w szpitalu.

Cieszyłam się, że już niedługo opuszczę szpital. Wierzyłam, że w domu, na spokojnie poradzimy sobie z laktacją i karmieniem. Z drugiej strony, to właśnie brak chęci pomocy ze strony położnych i brak mojej determinacji sprawił, że podczas pobytu w szpitalu nie nauczyłyśmy się karmienia piersią. Dzisiaj wiem, że powinnam była postąpić inaczej. Szybciej poprosić położne o pomoc, być bardziej upierdliwa, próbować częściej przystawiać córkę i być spokojniejsza podczas tych prób. To doświadczenie wpłynęło na moje przygotowanie do drugiego porodu i pobytu w tym samym szpitalu. Ale o tym później.

Powrót do domu

Karmienia piersią nie nauczyłyśmy się również w domu. Zaraz po wyjścia ze szpitala kupiłam sobie laktator elektryczny i postanowiłam rozbujać laktację i ściągać pokarm. Nie chciałam karmić córki mlekiem modyfikowanym. Mleko popłynęło dość szybko, co bardzo mnie podniosło na duchu, i już po 2 dniach miałam na tyle dużą ilość pokarmu, że nie musiałam dokarmiać córki mieszanką. Obrałam system ściągania co 3 godziny (również w nocy) metodą 7-5-3. W ten sposób ścigałam pokarm przez pierwsze 3-4 miesiące. Myślę, że mogłam od razu ustalić dłuższe przerwy miedzy ściągnięciami np. co 4 godziny i kupić laktator na dwie piersi – dzięki temu mogłabym zaoszczędzić czas i np. dłużej spać czy chodzić na dłuższe spacery.

Po 3 dniach od wyjścia ze szpitala przyszła do nas położna środowiskowa, doradczyni laktacyjna, i niestety ona też nie potrafiła albo nie chciała nam pomóc. Moim zdaniem była u nas za krótko. Nie wiem czemu nie zdecydowałam się poprosić o pomoc jakąś inną doradczynię, która mogłaby przyjechać do nas do domu i pobyć z nami kilka godzin, aby zobaczyć jak to wszystko u nas wygląda. Bardzo żałuję, że tego nie zrobiłam.

Córkę próbowałam przystawiać do piersi przez około 3 tygodnie. Za każdym razem była awantura i płacz. W końcu się poddałam i stwierdziłam, że dla własnego spokoju pozostanę na ściganiu. Nie ukrywam, że poczułam wtedy ogromną ulgę, że mamy swój system na podanie córce mojego mleka, bez płaczu.

Wsparcie pediatry i bliskich

Początkowo planowałam ściągać tylko miesiąc. Ale moja pediatra bardzo namawiała mnie, żebym wytrzymała dłużej. No więc postanowiłam ściągać trzy miesiące. Ściąganie pokarmu było dla mnie bardzo męczące – co 2,5 godziny musiałam zasiąść do maszyny, w dzień i w nocy, a w między czasie zająć się dzieckiem, sobą, domem, iść na spacer, spać. Dodatkowo byłam bardzo rozgoryczona tym, że nie udało mi się karmić córki piersią. Miałam okropnego baby bluesa.

Na szczęście wspierał mnie mąż i rodzina. Staraliśmy się tak wszystko organizować, żebym miała czas i miejsce na ściągnięcie pokarmu. A niestety musiałam go ściągać regularnie, bo inaczej robiły mi się w piersiach bardzo bolesne zastoje. Po pewnym czasie znalazłam na nie sposób: gorący prysznic, karmi i ściąganie na zmianę laktatorem elektrycznym i ręcznym. Pomagało. Sześć lat temu, jak urodziłam córkę, nie było tylu grup wsparcia dla kobiet kpi. Starałam się szukać informacji w internecie jak sobie ułatwić ściąganie, cały czas udzielałam się też na mamowym forum. Założyłam też, z koleżanką, pierwszy w Trójmieście Klub Mam, żeby nie zwariować. Inne mamy dały mi ogromne wsparcie.

Nasza droga mleczna

Po trzech miesiącach ściągania pokarmu, laktacja bardzo się rozbujała i stwierdziłam, że szkoda by było teraz kończyć nasz sposób karmienia. Ściągałam więc pokarm dalej. Córka bardzo niechętnie współpracowała podczas rozszerzania diety i wyłącznie na moim mleku była praktycznie do 9 miesiąca życia. Potem zaczęła jeść inne pokarmy, ja wróciłam do pracy i przygodę z laktatorem zakończyłam jak córka miała 11 miesięcy. Od 6 miesiąca życia córki zaczęłam rzadziej ściągać pokarm i wydłużać okres między ściągnięciami. Robiłam to bardzo ostrożnie, bo bałam się zastojów w piersiach. Miło było zacząć spać w nocy dłużej niż 2 godziny i nie musieć ustawiać sobie budzika w środku nocy.

Bogatsza o doświadczenie

Po tych doświadczeniach, będąc w drugiej ciąży, ułożyłam sobie w głowie cały plan walki o karmienie piersią. Wiedziałam, że w szpitalu będę bardziej stanowcza, miałam numery do kilku doradczyń laktacyjnych, żeby wzywać je na pomoc, poznałam wiele historii innych mam, które utwierdziły mnie w tym, że jak się trochę powalczy to można karmić piersią. Wiedziałam też, że nikt mi nie wciśnie kitu, że nie mam mleka, bo widziałam ile go miałam przy córce. A w razie czego miałam plan B – kupię laktator na dwie piersi.

Poród oraz pytanie o karmienie

Syn urodził się przez cc po tygodniowym pobycie na patologii ciąży w tym samym szpitalu co córka. Ciąża z nim była jeszcze bardziej bezproblemowa niż z córką, mimo, że prawie przekroczyłam magiczną barierę 35 lat. Nie miałam cukrzycy ciążowej, syn był mniejszy niż córka, wszyscy myśleli, że poród pójdzie gładko. A mimo to w 40 tygodniu podczas ktg w szpitalu zostałam zatrzymana na oddziale patologii z powodu wysokiego ciśnienia. Po tygodniu ktg syna przestało się podobać lekarzom i trafiłam na obserwację na porodówkę.

W środku nocy synkowi zaczęło spadać tętno i zdecydowano o cesarskim cięciu. Zostałam do niego przygotowana błyskawicznie ale, co mnie bardzo zaskoczyło, położna zdążyła się mnie zapytać jak chcę karmić dziecko. Powiedziałam że piersią. Okazało się że synek miał węzeł prawdziwy na pępowinie i przez to uciekało mu tętno. Mimo, że syna urodziłam przez cc dostałam go szybciej niż córkę. Pojechał ze mną na salę pooperacyjną i położna od razu pomogła mi przystawić go do piersi. A młody załapał. Awanturował się, że mu nie leci, ale ssał. W ciągu dnia, kiedy leżałam jeszcze nieruchomo, położne przychodziły i pomagały mi przyłożyć syna do drugiej piersi. I tak przeleżeliśmy sobie cały dzień i wieczorem pojawiło się już mleko. Syn nie płakał, tylko ssał i spał.

Laktacja jest w głowie

Bardzo długo i ciężko dochodziłam do siebie po cc, więc przez cały pobyt w szpitalu niedużo się ruszałam – właściwie to leżałam tylko na łóżku i karmiłam. Syn ze szpitala wyszedł cięższy niż jak się urodził. Jest wielkim ssakiem do dzisiaj, a ma już półtora roku. Nie miałam żadnych problemów z karmieniem, żadnych zastojów, czy pogryzionych brodawek. Bardzo lubię go karmić i mimo, że mam laktator ani razu go nie użyłam. Mam do niego uraz.

Zawsze powtarzam, że laktacja jest w głowie nie w piersiach. Jak ktoś będzie chciał karmić to znajdzie na to sposób, czy bezpośrednio z piersi, czy przez laktator. Trzeba tylko chcieć, czasami trzeba powalczyć, nie można bać się prosić o pomoc.

Czasami trzeba wszystko inne zostawić i skupić się tylko na sobie i dziecku – to co radzą w każdym podręczniku o karmieniu piersią – połóż się z dzieckiem do łóżka na dzień czy dwa i pozwól mu ssać. Przy córce było to dla mnie nie do zrobienia, nie miałam cierpliwości, chciałam mieć wszystko tu i teraz. Przy synu zostałam przymuszona do leżenia i nic nie robienia po cc i myślę, że miało to ogromny wpływ na nasze karmienie. Warto, szczególnie w tych pierwszych dniach, tygodniach po porodzie, skupić się tylko dziecku. To zaprocentuje w późniejszym czasie.

Zosia, mama 6,5 letniej Helenki i 1,5 rocznego Rysia