relaktacja_MM

Historia o relaktacji

HISTORIE MAM

Chciałabym podzielić się z Wami moją historią o relaktacji i o tym jak KPI oddało mi wiarę we własne możliwości.

Był początek września 2015 kiedy na świat przyszedł mój pierwszy syn. Byłam (jak mi się wtedy wydawało) gotowa na karmienie piersią, mocno się na to nastawiałam i w zasadzie nie widziałam innej możliwości.

Pierwsze karmienia

Pierwsze godziny – mały pięknie się przyssał i tak się karmiliśmy. Nadeszła inna zmiana pielęgniarek i się zaczęło… Kobieta, która miała być dla mnie pomocą i wsparciem przychodziła jak tylko mały zaczynał płakać. Przychodziła z tekstem, że nie wszyscy muszą karmić, że „Wam się teraz w głowach przewraca od tego karmienia piersią, za wszelką cenę chcecie karmić, głodzicie dzieci… Nie ma Pani wystarczająco mleka, więc płacze”. Poczułam się jakby mi ktoś dał w twarz, oczywiście, że nie chciałam głodzić swojego dziecka. Która matka chce?! Więc w ruch poszła (na moją rozpaczliwą prośbę, żeby to nie była butelka) strzykawka z mlekiem modyfikowanym. Mały jadł łapczywie, zjadł kilkanaście mililitrów i padł na kilka godzin – znaczy, nareszcie najedzony.

Wsparcie doradczyni

Zawzięłam się jednak, że będę karmić i żadna baba mi tego nie popsuje. Wyszliśmy do domu. Franek miał silną żółtaczkę i był ospały. Pociumkał parę minut i nie dało się go dobudzić. Nie chciał poprawnie chwytać brodawki, a ja nie umiałam poradzić sobie ze swoimi ogromnymi, nabrzmiałymi piersiami, które były dużo większe od jego maleńkiej głowy.

Cały czas miałam duże wsparcie od doradczyni laktacyjnej, której praktycznie wyskakiwałam z lodówki. Uczyła mnie przystawiania, pomagała poradzić sobie mentalnie ze sprawą karmienia, uwiązania dziecka do piersi, itp. Próby walki o przyjemne karmienie trwały dwa miesiące. Franio ładnie przybierał, więc się nie martwiłam.

Początek trudności i walka

Do czasu, aż zaczął nie przejadać naprodukowanego mleka, a ja zaczęłam walkę z zastojami. Nieudaną, bo walka skończyła się zapaleniem. Byłam w totalnej rozsypce. Karmiłam – płakałam z bólu, nie karmiłam – płakałam, że zaraz muszę karmić. Czułam się beznadziejną matką. Syn wzbudzał we mnie negatywne emocje. Czułam się beznadziejną kobietą – nieumiejącą wykarmić własnego dziecka. Czułam, że coś jest nie tak, bo wszędzie czytałam o wspaniałych chwilach karmienia. Miałam przed oczami zdjęcia wypielęgnowanych, uśmiechniętych mam, karmiących wpatrzone w nie maluszki, bawiące się ich włosami… A ja?! W dresie, z tłustymi włosami, obłożona wałkami do karmienia, na kanapie na jednym półdupku, żeby mnie szwy nie rwały. NO WAY!

W pewien niedzielny wieczór szala goryczy się przelała. Mąż zawiózł mnie do szpitala, 40 stopni gorączki, niesamowity ból… przelewałam się przez ręce. Opowiedziałam lekarce o całej sytuacji, że nie umiem karmić, mam dość. Zagroziła – albo zaraz tniemy pierś i czyścimy ropień, bo jestem na najlepszej drodze do tego, albo przepisze mi bromergon i zakończę laktację.

Z deszczu pod rynnę

Poleciałam do apteki, wykupiłam receptę, mleko modyfikowane i szczęśliwa, że zakończy się ten koszmar łyknęłam tabletkę jak młody pelikan… No i się zaczęło. Czułam się fatalnie, nie sądziłam, że psychicznie mogę się czuć gorzej niż do tej pory. A jednak. Ryczałam, nie miałam ochoty nawet wstać z łóżka. Rano wzięłam drugą tabletkę i zdałam sobie sprawę, że to właśnie ten „cudowny specyfik” tak na mnie działa. Odciągałam mleko ręcznym laktatorem, tylko do uczucia ulgi i ze łzami w oczach wylewałam do zlewu. Po dwóch dniach dałam sobie spokój i z bromergonem i z laktatorem. Synek dobrze przyjął mieszankę i wydawało się, że wszystko za nami. Ale ja nie potrafiłam przełknąć goryczy porażki. Miałam straszne wyrzuty sumienia, że tak szybko się poddałam. Więc po tygodniu, może dwóch znów wyciągnęłam mój ręczny laktator i podjęłam decyzję – ODCIĄGAM!

Intuicyjne KPI

Wtedy ani nie wiedziałam, że to ma specjalną nazwę, ani że ktoś jest na tyle głupi jak ja, żeby się na to decydować. Serio. Myślałam, że jestem jedyną kobietą na świecie, która wpadła na taki idiotyczny pomysł. ☺ Bo kto normalny siedzi po kilka godzin na dobę i się „doi”. Ba! Żeby jeszcze doić… Ja siedziałam, pompowałam i czekałam na pierwsze krople. Odciągałam bardzo intuicyjnie. Przeczytałam o metodzie 7-5-3, doszłam do wniosku, że powinnam odciągać tyle razy ile je dziecko, więc padło na 8.

Czekałam tak dni kilka, aż pierwsze krople zaczęły się nieśmiało pojawiać. A razem z nimi wracała moja pewność siebie i radość z życia. Pompowałam, pompowałam, pompowałam, kupiłam elektryczny laktator, mleka było coraz więcej i w okolicach Nowego Roku Franio jadł wyłącznie moje mleko, a nawet zrobiłam pierwszą mrożonkę. Na początku marca, gdy Franek miał pół roku doszłam do wniosku, że zrobiłam co mogłam i czas kończyć. Weszliśmy w tryb mieszany, dodawałam więcej karmień sztucznym mlekiem. I tak ostatnią porcję mojego mleka dostał przed końcem 9. miesiąca. Wtedy obtrąbiłam wielki sukces.

Drugie dziecko

Gdy dowiedziałam się o drugiej ciąży (a było to zaraz po zakończeniu kpi) wiedziałam, że zrobię wszystko, żeby karmić piersią. Czytałam, pytałam, nastawiałam się, że nie będzie sielankowo… Życie znów zweryfikowało moje plany. W szpitalu lekarz wystraszył mnie, że Hania ciągle wisi na piersi (no przecież wiedziałam, że ma wisieć!!, Co znowu zrobiłam źle?!), a mimo to straciła 7% wagi w pierwszej dobie. Odmawiałam sztucznego mleka, które położne przynosiły na każde stęknięcie i dzielnie karmiłam. W dzień powrotu do domu zaprosiłam znaną mi już dobrze CDL. To spotkanie bardzo mnie podbudowało. Jednak ona także uczuliła mnie na częste i najlepiej długie karmienia, a Hania była jeszcze bardziej ospała niż jej brat. Jadła 2 minuty, zasypiała i nawet stado słoni by jej nie obudziło. Wstawałam ją karmić, a razem ze mną wstawał mój mąż, który ją rozbierał, głaskał, obkładał mokrymi pieluchami, żeby tylko się obudziła i possała jeszcze chociaż minutę. Znowu wiedziałam, że coś jest nie tak. Sprawdzaliśmy wędzidełko, byliśmy u neurologopedy… Wszystko było książkowo – poza karmieniem. Wpadałam w depresję.

Powrót do KPI

Dobiła mnie kontrola u pediatry, gdy okazało się, że po ponad dwóch tygodniach Hania nadal nie osiągnęła wagi startowej. Zapłakana wróciłam do domu, wyciągnęłam zakopany głęboko laktator i zaczęłam odciągać. Wiedziałam, że mam mleko, a ona po prostu ma problem żeby je wypić, więc butelką będzie jej łatwiej. Od razu trafiłam na facebookową grupę mam KPI i świat otworzył się przede mną otworem. Okazało się, że są laktatory na dwie piersi, że można być mobilnym, szczęśliwym, odciągać przy bliźniakach, przy starszakach, w lesie, na koncercie, w górach i nad morzem…

Mierz siły na zamiary

Mała miała dopiero dwa tygodnie, gdy znów zaczęłam przygodę z laktatorem, więc realnie obliczyłam swoje siły i postanowiłam, że będę karmić przez pierwsze trzy miesiące, a potem skończę, ale przez ten czas zrobię jak najwięcej mrożonek. Odciągałam więc po 10-12 razy na dobę, robiłam power pumping i tak rozbujałam laktację, że dziennie mroziłam nawet litr mleka. Mijały dni, tygodnie… Trzy miesiące okazały się pestką, więc pojawił się nowy cel – pół roku. Cel ostateczny, żeby starszak nie czuł się odrzucony i zaniedbany przez mamę ciągle randkującą z laktatorem.

Na zakończenie

Wczoraj minęło 11 miesięcy, a ja nie składam broni, choć odciągam już tylko 3 razy na dobę i powoli ruszam mrożonki, których udało się uskładać ponad 150 litrów!!
Z perspektywy czasu uważam, że KPI dało mi szczęśliwe macierzyństwo i dużo satysfakcji. Nie uważam go za żałobę po nieudanym KP. Sądzę, że to był ratunek przed mieszanką i ratunek dla mojej psychiki. Przede wszystkim pozwoliło mi też zrekompensować synowi jego krótkie karmienie, bo przy córce on także pije moje mleko jeszcze dwa razy dziennie. Choć przestawienie go ze smaku mieszanki mlekozastępczej nie było wcale takie proste.

Na koniec tej przydługiej historii chciałabym podziękować mężowi i mojej rodzinie. Bez ich wsparcia nigdy nie doszłabym tak daleko w walce o moje mleko. Dziękuję również wszystkim dziewczynom z „randkujących…”, które niejednokrotnie motywowały mnie gdy miałam dość. Jesteście bohaterkami!

Paulina T.