Historia o braku wiary w siebie

HISTORIE MAM

Karmienie piersią hmmm… Będąc w ciąży ten temat nie był mi szczególnie bliski, szczerze mówiąc wręcz mnie drażnił! Terror laktacyjny atakował moje oczy na każdym możliwym forum i w na wielu stronach dla kobiet w ciąży i młodych mam. Zawsze wychodziłam z założenia, że można karmić piersią, ale można też karmić mlekiem modyfikowanym i nikt nie powinien się wtrącać do wyborów mamy… Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak kilka dni przed porodem siedziałam ze szwagierką i mówiłam dokładnie tak: „Pewnie będę karmić piersią, ale jeśli będzie z tym jakiś problem to absolutnie nie będę się przejmować i dam butelkę z mlekiem modyfikowanym” Jaka ja byłam głupia…

Różne diagnozy i brak pomocy

Pod koniec października na świat przyszła moja córeczka. Poród siłami natury, bez komplikacji, mała – okaz zdrowia, przystawiona od razu, ssała bez najmniejszego problemu.

W tym miejscu kończy się miła historyjka… Kolejne godziny na oddziale, ja kompletnie zielona nie wiedziałam nawet jak ją przystawić, pomocy brak, na każdą prośbę o radę widzę przewracanie oczami i wielka łaskę. Zuza szybko się denerwowała, a moja nieporadność i nerwy tylko pogłębiały jej frustrację. Jedna położna „zdiagnozowała” płaskie brodawki i zaleciła kapturki, inna laktator, jeszcze inna mówiła, że nie mam pokarmu, a ja byłam zagubiona jak chyba nigdy w życiu. Nikt nawet nie pokazał mi jak prawidłowo podać pierś, a mała krzyczała wniebogłosy. W nocy położna przyniosła mleko modyfikowane, bo dziecko głodne, a inne mamy chcą spać i te krzyki muszą się skończyć. Zmęczona, zła i przerażona zgodziłam się bez wahania. Myślałam sobie ok, w domu będzie lepiej, spokój, cisza, znane otoczenie i mąż przy boku to jakoś z tego wybrniemy.

Samotna walka i wybór dziecka

Niestety nie było lepiej, kapturki fruwały po całym pokoju (bo nikt nawet nie pokazał mi jak ich używać), mała nadal niecierpliwa.. I tak mijał czas na próbach przystawiania, często kończących się podaniem butelki. Coś tam w międzyczasie ściągałam, żeby rozkręcić laktację, ale te kropelki na dnie butelki tylko pogłębiały problem w mojej głowie. Wizyta położnej na początku trochę pomogła, pokazała jak przystawiać, zważyła małą i stwierdziła, że jest ok.

Dobra, od tego momentu walczyłam, przystawiałam już spokojniejsza, więc było tych karmień więcej. Zadowolona z siebie czekałam na drugą wizytę… i tu obuchem w łeb – młoda za mało przybiera! Położna wyrobiła w nas taką panikę, że cały stres wrócił ze zdwojoną siłą. Zalecenie: przystawiać, potem podawać butelkę ze swoim mlekiem, a jak będzie jeszcze brakowało to mleko modyfikowane. Tak mijały kolejne dni, a Zuza zaczynała kochać butelkę coraz bardziej i przy piersi robiła się znowu nerwowa. Któregoś dnia postanowiłam zaryzykować i zrobić po swojemu. Wzięłam małą do łóżka, włączyłam swoje ulubione seriale i tak siedziałyśmy 3/4 dnia właściwie nie odkładając się od piersi. Nawet teraz mam łzy w oczach na wspomnienie tego czasu… Niestety okazało się, że nadal przyrosty nie są zadowalające naszą położną, która chyba chciała upaść moje dziecko. Wróciła butla… i znowu chwil karmienia piersią było mniej. Któregoś dnia zaczęły się dzikie histerie przy piersi. Wszyscy w domu mówili, że mam przestać męczyć małą i dawać jej jeść „normalnie”, czyli kolejna butla i kolejna i kolejna… Wizyta CDL niewiele już pomogła, bo Zuza dokonała wyboru…

Rozpacz matki

Nigdy w życiu nie rozpaczałam tak bardzo, nie umiałam funkcjonować normalnie, płakałam dosłownie cały czas, byłam wściekła na wszystkich: położną, szpital, moją mamę, a nawet biednego – niczemu winnego – męża. Byłam na skraju wyczerpania fizycznego i nerwowego. Depresja już na mnie patrzyła zza rogu. Płakałam karmiąc Zuzę butelką, płakałam ściągając i w każdej innej chwili. Jak byłam sama, to dosłownie wyłam na głos. Czułam, że zawiodłam jako matka, nie umiałam wykarmić własnego dziecka, byłam przekonana, że nie zbuduję słynnej więzi z dzieckiem i właściwie to nie powinnam zostać matką…

Rozwiązanie dla karmienia

Któregoś dnia postanowiłam, że mogę chociaż dawać małej swoje mleko z butelki. Tak trafiłam na poleconą przez CDL stronę Mlekiem Mamy i grupę mamy ściągające mleko. Bez cienia przesady to uratowało moje życie jako matki. Ogrom pomocy, ciepła i wsparcia jaki tam dostałam tchnął we mnie nowego ducha, ducha walki o karmienie własnym mlekiem. Przestawiłam się na tryb zadaniowy, ułożyłam plan działania i zaczęłam walczyć o każdą kroplę. Setki historii podobnych do naszej oraz świadomość, że dzięki karmieniu piersią inaczej (KPI) mogę dać córce to, co najlepsze, pomogło mi wyjść z kryzysu i przepędziło depresję daleko!

Podziękowanie specjalne

Za 9 miesięcy kpi muszę podziękować także mojemu mężowi, który wspierał mnie przez cały ten okres. To on stawiał mnie na nogi, gdy chciałam rzucić laktatorem o ścianę. Któregoś dnia przytulił mnie i powiedział, że nigdy nie zapomni co zrobiłam dla naszej córki i jestem bohaterką. A ja nigdy mu nie zapomnę tych słów, bo to jedna z najwspanialszych rzeczy jaką mi powiedział i to mimo tego, że w tym okresie zdarzało mi się być dla niego naprawdę okropną babą…

Wiedza i wsparcie

KPI to ciężki kawałek chleba i często na to narzekałam, ale to też jedyny ratunek dla mam takich jak ja. KPI uratowało moje poczucie własnej wartości jako matki i jako kobiety. Uratowało mnie przed depresją, podniosło świadomość w temacie karmienia piersią (KP) oraz wartości mleka matki. Na grupie poznałam wiele cudownych mam, które tak samo walczą każdego dnia i każdej nocy. Żal i ból po nieudanym KP nadal gdzieś we mnie jest, nie jest to już świeża rana, ale blizna która od czasu do czasu daje jeszcze o sobie znać. Nigdy nie spodziewałam się, że można tak mocno tęsknić za czymś, czego kurczę chwilę wcześniej prawie wcale się nie chciało… Bardzo chcę myśleć, że dzięki tej wiedzy następnym razem będę mądrzejsza i sprawy potoczą się inaczej.

Do wszystkich, które jeszcze mają KP przed sobą – uważajcie na „dobre” rady, słuchajcie swojej intuicji oraz specjalistów w tej dziedzinie, a położne, personel szpitala oraz „ciocie dobra rada” często do nich nie należą! Teraz już wiem, że przyrosty nie zawsze są wyznacznikiem czy wszystko idzie dobrze, zdarzają się skoki rozwojowe, które trzeba po prostu przetrwać, należy zwracać uwagę na napięcie mięśniowe i przede wszystkim do udanego KP potrzebny jest spokój i wsparcie! Rzeki mleka dla Was dziewczyny KPI i dla tych KP!!!!

Anita